Dziwnów ’75

Dobrym żołnierzem jest ten, kto myśli spokojnie i opanuje swoje nerwy.
/marszałek Polski Józef Piłsudski/

Po zakończeniu szkolenia w Zegrzu zasłużone wywczasy. W zasadzie mój urlop był dłuższy niż innych kolegów, bo przełożeni nie mogli mnie szantażować i straszyć, że zamienią mi miejsce praktyki na gorsze. Ta była najgorsza. Ochotników nie było, a ktoś w miarę sprawny fizycznie musiał obsługiwać radiostację służbom specjalnym. Wypadło na mnie, ale nie przejmowałem się. Statystycznie biorąc mniej ginie spadochroniarzy niż żołnierzy wojsk zmechanizowanych czy saperów.

Już tylko pięć miesięcy. Byłem i jestem optymistą. Nigdy nie jest tak źle, żeby nie mogło być gorzej. Z taką filozofią nie wiem co musiałyby się stać, żebym zaczął przejmować się. Kilka dni spędziłem w Warszawie, a potem pojechałem na tydzień do rodziców. Życie w cywilu bardzo mi się podobało. Brak zaprawy, wrzasków porannych, golenia na czas i sprzątania sal żołnierskich też ma swój urok. Wszystko co dobre, szybko kończy się, a może jeszcze szybciej. Markietanka, ES., wyjechała na staż naukowy do Anglii, więc uczuciowo byłem jakby bardziej wolny. Układ był żołnierski, my pomagaliśmy jej, a ona broniła nas czy może odwrotnie…

Jadąc do Dziwnowa, postanowiłem przyjąć inną strategię. Taktykę nie podobną do tej, jaką stosowałem do tej pory, taktykę pokornego cielęcia. Grzecznego i wyszkolonego żołnierza. Znającego swojego miejsce, ale też i swoją wartość. Stałem teraz po drugiej stronie barykady. Miałem szkolić żołnierzy i być ich wychowawcą. Nie zamierzałem gnębić podwładnych ani ich poniżać. Niedawno byłem takim samym szwejem jak oni. Miałem zamiar być sprawiedliwym, ale specjalnie nie za surowym i nie czepiać się nieistotnych rzeczy. Chciałem wykorzystać wojskowo-pedagogiczne nauki kapitana Sadkowskiego.

To, że zdecydowałem się zachowywać trochę inaczej, nie znaczyło, że dam sobie dmuchać w kaszę. Dojrzałem emocjonalnie. Nie miałem pod bokiem „sztabu”, więc nie miał mnie kto podpuszczać do awantur, do figli i dowcipów. Zaczynałem myśleć bardziej racjonalnie. Postanowiłem nie wychylać się, obserwować i wyciągać wnioski. Się zobaczy… Nie zamierzałem już wszystkiego wyśmiewać i krytykować. Moje motto na najbliższe pół roku to: „wyżej d…. nie podskoczysz” i „świadoma dyscyplina”.

Na praktykę przyjechałem późnym popołudniem. Nie spóźniłem się, ale też nie poświeciłem urlopu, żeby być przed czasem. Koledzy podchorążowie dołączyli do mnie w Szczecinie, potem jechaliśmy wspólnie. Ostatnia przesiadka w Kamieniu Pomorskim. Zamieniliśmy kolej na publiczny transport samochodowy.

Zameldowaliśmy się u dowódcy kompani łączności. Dostaliśmy przydział. Ja z Mirkiem dublujemy „wodzów od radiostacji”. Mamy wspólny pokój w hotelu garnizonowym.

Jest dowódca zawodowy i my praktykanci. Formalnie mamy takie same prawa i obowiązki. Mamy być tak wyszkoleni, żeby na wypadek wojny nasza armia mogła szybko zwiększyć ilość spadochroniarzy i służb łączności. Jednakowo kładziono nacisk na obsługę radiostacji, szkolenie spadochronowe i ćwiczenia sportowe.

„Generał”, starszy sierżant Grześków i pchor. plut. Mirek Nalewajko

Szkolenie spadochronowe

Spadochroniarze to ludzie, którzy schodzą z drzew na które nie włazili.
/gen. pilot USA Charles Augustus Lindebergh/

Pierwszy etap szkolenia odbywał się w „małpim gaju”. Skoki zaczęliśmy od 20 cm, stopniowo zwiększając wysokość zeskoku do dwu metrów. Układanie nóg, sylwetka i odpowiednia pozycja. Amortyzacja. Wywrotka. Ćwiczyliśmy wspinanie się po linach, sterowanie linkami regulacyjnymi spadochronu i cięcie tych linek oraz układaliśmy spadochrony w spadochroniarni. Wielokrotnie. Do znudzenia i od początku, niezbyt skomplikowane zajęcie.

W batalionie każdy sobie rzepkę skrobie, tzn. sam składa „paraszut” może dlatego, że jest tam stosunkowo mało wojska. W dywizji z kolei jest zasada, że spadochron dostaje się losowo, więc każdy się stara złożyć go dokładnie, bo najczęściej nigdy nie skacze się na tym, który składało się osobiście.

Każdy skoczek podczas pełnienia służby ma kilka przygód ze spadochronem i chociaż jedną historię ekscytującą, czasami mrożącą krew w żyłach. „Generał” przeżył dwie, skok z helikoptera razem z sierżantem Adamem Kapustą i śmierć Szarika, psa kwatermistrza w trakcie rutynowych skoków batalionu.

W czasie szkolenia instruktorzy też sobie nie żałują. Popuszczają wodze wyobraźni i opowiadają niesłychane spadochronowe fantazy, mając wdzięcznych słuchaczy w osobach desantowych kotów. Pamiętam kilkanaście takich historyjek. Życiorysy spadochronowe moich instruktorów, sierżanta sztabowego i porucznika, też były ciekawe. Sierżant latał, a porucznik szkolił. Porucznik też chciałby latać i wyrzucać wojaków z latających pojazdów, ale nie mógł, ze względu na stan zdrowia. Trzymano go tylko z powodu wiedzy spadochronowo- wojskowej, zdolności pedagogicznych i miłości do tego niebezpicznego sportu. Sierżant sztabowy był małomowny i nie integrował się z plutonowymi podchorążymi. Oficer po albo przed zajęciami opowiadał nam różne historyjki znane mu z autopsji. Jego kolesie mówili, że hobby porucznika to przesadzanie, bardziej fantazy niż ogrodnictwo, niemniej poznałem trochę ciekawych opowieści, spadochronowej treści.

Trzy gwiazdkowiec opowiedział kilka zdarzeń, podobno „faktów autentycznych” jak mówił. Na początek kilka słów o nim. Porucznik skończył ZMECH (Wyższa Oficerska Szkoła Wojsk Zmechanizowanych) we Wrocławiu. Podobno do życia potrzebna mu była adrenalina i jakiś kop, niekoniecznie farmakologiczny. Do batalionu przyszedł dobrowolnie, taka procedura w służbach specjalnych, i zamiast objąć dowództwo plutonu, to na ochotnika, po raz drugi, zgłosił się do spadochroniarni. Miał szczęście, o ile można mówić o szczęściu, bo zwolnił się etat instruktora.

Aby zaliczyć 2 lata służby w rok, trzeba w tym czasie wykonać jakieś minimum, chyba cztery opuszczenia samolotu na wysokości około 800 metrów. Podczas rutynowych ćwiczeń instruktor, na którego miejsce przyszedł nasz bohater, podczas wykonywania banalnie łatwego skoku, istnej „bułki z masłem”, w biały dzień, bez ekwipunku, na rozpoznany teren przy optymalnych warunkach pogodowych złamał nogę w kostce. Tak skomplikowanie, że pożegnał się ze służbą. Wtedy porucznik był zadowolony z takiego obrotu sprawy, chociaż z cudzego nieszczęścia nie należy się cieszyć! Porucznik podczas 2 letniej służby wykonał ponad 20 skoków bojowych, awansował i świat leżał u jego stóp. Do pamiętnego dnia. Nic nie zapowiadało tragedii, choć pewne znaki świadczyły, że złe fatum nie śpi. Przyjacielowi naszego porucznika (z tego samego poboru i będącego absolwentem tej samej szkoły oficerskiej, który służył jako d-ca plutonu szkolnego w Batalionie) uprząż zmasakrowała jądra. Prowizoryczny ambulans zawiózł niefartownego skoczka do szpitala w Kamieniu Pomorskim. Dobrze, że są dwa jądra, jedno z trudem odratowano.

Tego samego dnia zaliczał skoki nasz instruktor i nawet przez moment nie pomyślał, że może być nieklawo. Przynajmniej do czasu, gdy jego spadochron nie zechciał się otworzyć. Zapachniało „muchami”. Wreszcie spadochron zaczął się wypełniać, ale nieprawidłowo. Klasyczny kalafior. Porucznik walczył o życie tnąc linki przy pomocy maczety. Podobno tak właśnie było, fakt autentyczny, wedle słów naszego porucznika („Generał” często słyszał o faktach nieautentycznych). Podobno to, co on zrobił, i to, że żyje, zdarza się rzadziej niż raz na pięćset tysięcy przypadków. Liczba wzięta z sufitu, nie ma znaczenia, bo i tak nie jest znany taki drugi wypadek na naszym globie. Nadaje się to do wojskowej księgi Guiness’a.

Czasza jego spadochronu napełniła się 15 cm nad ziemią. Ze straszliwą siłą przywalił w glebę. Przeżył. Jedna noga w dwudziestu miejscach złamana, druga tylko w trzech, ale jak? Porucznik zachował teoretycznie kategorię A, inaczej nie mógłby pracować. Jednak jedna z jego nóg stała się krótsza o 5cm, a druga o 3. Chodził bez pomocy, nie używał lasek, co prawda jedna noga trochę się za nim ciągnęła. Szkolił żołnierzy, ale sam niestety nie skakał, najwyżej latał z instruktorem podczas skoków: jako obserwator i entuzjasta tego sportu wojenno-ekstremalnego. No i zbierał i opowiadał historie oparte na „autentycznych faktach”. Pamiętam dwie z nich: przypadek skoczka doświadczalnego i o dowódcy Batalionu Czerwonych Beretów w 1974 roku.

Akcja pierwszej opowieści porucznika, instruktora „od skoków spadochronowych” z Dziwnowa, działa się na początku lat siedemdziesiątych. Wtedy to czterech skoczków doświadczalnych testowało nowy typ spadochronu bojowego dla armii. Wszyscy traktowali to zadanie za proste, łatwe i przyjemne, praktycznie bez ryzyka. Skoki z tego typu spadochronem odbywały się enty raz i każdy ze skaczących uważał go za bardzo nowoczesny i udany model, prosty w obsłudze. Nie mogli się nachwalić konstruktorów za ich nowatorskie pomysły. Sugerowali, iż mimo, że to typ bojowy, można by użyć go w zawodach sportowych.

Nic nie zapowiadało tragedii, każdy ze skaczących miał minimum kilka lat stażu, każdy był wybitnym sportowcem, często mistrzem świata w tym niebezpiecznym sporcie. W ich książeczkach spadochronowych widniały tysiące wpisów. W samolocie, po osiągnięciu pułapu 10.000 m otworzono luki i spadochroniarze opuścili pokład. Osługa samolotu życzyła przyjemnego lotu, czyli skoku „doświadczalnego” i… tyle. Na tym poziomie doświadczenia, skoczkowie nie potrzebowali innej pomocy. Pozbywszy się ładunku, samolot zawrócił do bazy.

Poszli. Czterech. W kolejności wagi. Służby spadochronowe na ziemi bez problemu odebrały trzech skoczków. Wylądowali w kole o promieniu 100 m. Czwartego brakowało. Początkowo nikt nie wpadał w panikę. Czekano, nic nie wskazywało, że „coś jest nie tak”. Wtedy kontakt ze skoczkiem był tylko na pokładzie samolotu i na ziemi. Skoczkowie nie posiadali telefonów komórkowych. Nic nie sugerowało tragedii, warunki pogodowe super, sprzęt dobry, skoczkowie mistrzami w swoim fachu. Po godzinie, gdy nie było jakichkolwiek informacji na temat brakującego, zaczęto się denerwować. Początkowo delikatnie. Rozpoczę209 ły się dywagacje, spekulacje. Rozdzwoniły się telefony. Bez rezultatów. Kamień w wodę. Nikt nie wiedział co robić, procedur na razie jeszcze nie uruchamiano. Zaczęło się robić niesympatycznie. Każdy miał jakiś pomysł, jakieś rozwiązanie i nieuzasadnioną pretensję do rozmówcy. Z każdą minutą, towarzystwo traciło nastrój i zaczęło denerwować się, że coś jest źle, tylko co? Po następnej godzinie wysłano jeden, a potem jeszcze jeden śmigłowiec w miejsce hipotetycznego zrzutu.

Dwa helikoptery systematycznie badały teren, uruchomiono służby meteo, wojskową służbę wewnętrzną, może milicję. Znowu minął jakiś czas nim nadszedł meldunek od jednej z załóg:
– Chyba mamy, widzimy leżący spadochron i jakichś ludzi machających rękami. Lądujemy.
– Bardzo nam przykro, skoczek jest martwy, zabezpieczamy teren.

Komisja do spraw katastrof lotniczych oraz specjaliści od wypadków spadochronowych przeprowadzili śledztwo. Przesłuchano traktorzystę, załogę helikoptera i innych świadków. Pracownik z pobliskiego PGR-u zeznał, że skoczek zachowywał się dziwnie. To znaczy, lądujący człowiek zazwyczaj się rusza, wymachuje rękami, czasem krzyczy. Świadek odniósł zaś wrażenie, że widzi pod spadochronem nie człowieka, lecz worek. Tak właśnie zachowywał się i wyglądał spadochroniarz. Żadnych ruchów linkami, żadnych krzyków, żadnego ustawiania się tyłem do wiatru. Ci, którzy widzieli martwego skoczka twierdzili, że zwłoki były zamarznięte na tak zwaną „kość”.

Jeden z trzech spadochroniarzy, ostatni, który wylądował, mówił, że zaraz po wyskoczeniu miał takie wrażenie jakby zamiast spadać wznosił się. Uznał, że to złudzenie, że mu się wydaje, jednak później miał więcej wątpliwości. Dwaj pozostali nic nie potrafili powiedzieć. Rutynowy skok z bardzo dużej wysokości jakich wykonali setki, normalka. Członkowie komisji ostro dyskutowali, każdy miał inną hipotezę, jak to zwykle gdzie 3 Polaków tam 5 teorii. Ciało oraz spadochron zabrano i dokładnie przebadano. Dopiero po miesiącu komisja wysmażyła raport z wypadku. Skoczek, napisano, wpadł we wstępujące wiry powietrza. Nie był przygotowany na tak ekstremalne warunki i zginął. Szczegóły są tak zawiłe, że nie da ich się racjonalnie i jednoznacznie wyjaśnić. Być może jakieś siły atmosferyczne (tornado?) wyniosły go w górę, grubo powyżej 10.000 m. Bez aparatu tlenowego, w straszliwym mrozie, który panował na tej wysokości, skoczek zamarzł.

Zginął podczas wykonywania zadania…