Jelenia Góra ’70

Na tym świecie istnieje tylko jedna alternatywa: rozkazywać albo słuchać.
/Napoleon Bonaparte/

Po drugim roku zaliczaliśmy tak zwany „pierwszy obóz”. Wydział Elektroniki odbywał go zawsze w Jeleniej Górze, w Wyższej Oficerskiej Szkole Wojsk Radiotecznicznych im. Kapitana Bartosika. Dla mnie była to atrakcja, to znaczy uważałem, że będzie. Do Jeleniej Góry wyjechałem dwa dni wcześniej. Autostopem. Wtedy autostop funkcjonował bardzo dobrze. Była to forma zwiedzania kraju propagowana i koordynowana przez Polski Związek Motorowy. Kierowcy byli zainteresowani, żeby zabrać jak najwięcej autostopowiczów i autostopowiczek, bo po sezonie czekały na nich nagrody. Autostopowicz w battle dresie, łatwiej i szybciej podróżował niż cywil. Dzisiaj jest podobnie. Aktualnie „autostop” nie funkcjonuje jako instytucja, ale „okazją” wojskowe chłopaki podróżują lepiej niż cywile. Kierowcy, którzy służyli w wojsku wiedzą jak krótkie potrafią być przepustki! Od żołnierza najczęściej nie bierze się pieniędzy za przejazd.

Moja jazda przebiegła przyjemnie. Bez zakłóceń, praktycznie za darmo przejechałem kilkaset kilometrów. Pod Kurowem zatrzymałem autobus jakiejś Spółdzielni Inwalidów z Lublina, której członkowie jechali na wycieczkę do Kotliny Kłodzkiej. Pasażerowie wyjechali godzinę wcześniej i byli już lekko podpici. Większość uczestników ekskursji w przyspieszonym tempie integrowała się ze sobą i ze mną też chcieli. Zwłaszcza kobitki. Nie miałem nic na przeciw, a wręcz odwrotnie. Wycieczko-podróż skończyłem z przeświadczeniem, że kierowcy i uczestnicy urlopów zorganizowanych przez zakłady pracy lubili żołnierzy, zwłaszcza młodych.

Zajechałem do Jeleniej Góry kilka godzin przed ostatecznym terminem. Studenci po przekroczeniu bramy jednostki wojskowej przestawali w zasadzie mieć czas dla siebie, właściwie tracili możliwość decydowania o sobie. Od tej chwili, wszelkiej maści kaprale i sierżanci, nasi bezpośredni przełożeni decydowali o wszystkim. Co, jak i kiedy będziemy robić. Dwuletni okres Studium na tyle nas przygotował do służby wojskowej, że wszystko odbywało się bez specjalnych zgrzytów.

Pierwszego dnia rozlokowano nas w salach żołnierskich, wydano bieliznę osobistą, znaczy się podkoszulkę z długim rękawem w kolorze brudno-białym i gacie dynamówki. W takich majtkach grało Dynamo Kijów i stąd ta nazwa. Każdy nowy dostał mydło, maszynkę do golenia na żyletki marki Polsilver, dwie ścierki (czytaj: ręczniki), dwa koce, prześcieradło, plecak i giwerę. Giwera, czyli karabinek Kałasznikowa przysługiwała każdemu. Nasze karabinki o ile nie były używane, stały w tym samym miejscu na stojakach w magazynku broni. Tego „arsenału” pilnowano dzień i noc i przynajmniej raz dziennie kontrolowano go przy obejmowaniu i zdawaniu służby.

Następny dzień po przybyciu do Jeleniej Góry (pierwszy w którym zaczęło się „coś” dziać) był dniem organizacyjnym. Skład osobowy studenckich plutonów na unitarce był taki sam jak w Studium Wojskowym, tylko dowódcami zostali podoficerowie i oficerowie z Jeleniej Góry. Mój pluton objął kapral Boruch, słuchacz trzeciego roku miejscowej Szkoły Oficerskiej (ci co go znali uśmiechali się szpetnie na wiadomość, że został naszym przełożonym). Plutonami zwiedzaliśmy szkołę. Zaczęliśmy wycieczkę od obejrzenia rejonu kompanii. Zakonotowaliśmy gdzie są kible, palarnie, zbrojownia, sale do czyszczenia broni oraz sala z telewizorem, gdzie się obowiązkowo oglądało Dziennik Telewizyjny. Pokazano nam plac apelowy szkoły, plac do zajęć taktycznych, plac musztry, boiska sportowe, szkolną stołówkę, łaźnię i kino. Nauczono nas jak korzystać z toalet, palarni, łaźni, jak się ścieli łóżka i jak mają być układane sorty mundurowe w szafkach. Pokazano narzędzia i „urządzenia” służące do czyszczenia podłogi, toalet oraz sprzątania rejonów. Później było gorzej, bo kazano nam wypróbować te narzędzia w praktyce. Sprzątaliśmy w każdej wolnej chwili oraz po capstrzyku, często przez całą noc. Nowoprzybyłych wysiłku nikt nie szanował. Powiedziałbym nawet, że było na odwrót, jak na złość niszczono efekt naszej kociej pracy. Celowało w tym zwłaszcza stare wojsko. Po ropowaniu zaraz wchodzono brudnymi, zabłoconymi buciorami. Kibel góra 5 minut lśnił czystością, zaraz potem był znowu zanieczyszczony i rekrut pucował go od początku. Praca adeptów wojskowych była bezwartościowa, jakby chodziło nie o to, żeby było czysto, tylko żeby sprzątać, żeby kot się nie nudził i nie myślał o głupotach. Z tego powodu następnego dnia spało się na zajęciach. Najwyższą rozkoszą był pełny brzuch i nieprzerwany sen przez kilka godzin, co rzadko miało miejsce. Nie myślę o delicjach, wyrafinowanych potrawach i francuskim czerwonym, stołowym półwytrawnym winie. W początkowym okresie byliśmy permanentnie głodni. Kotom wystarczała dolewka grochówki i chleb „do oporu”. Większość rekrutów nadwyżki zorganizowanego chleba „nosiła po kieszeniach”. Przerywany sen jak przerywany stosunek jest tak samo szkodliwy dla zdrowia żołnierza. Może o to chodziło dowództwu, żeby koty były ciągle zmęczone, osowiałe i na nic nie miały ochoty?

Z pierwszego dnia zapamiętałem brak wody, zapchane kible oraz kałuże moczu w ogólnodostępnych ubikacjach w jednostce. Wtedy nie wiedziałem, o co chodzi. Stosunkowo szybko się zorientowałem, że powodem tych awarii był brak papieru toaletowego. Gazety jako substytut toalietnoj bumagi permanentnie zapychały kanalizację i tutaj powstawał problem dla nas jak to przepchać. Kiedy się nie udawało, stały kałuże wody z fekaliami (służyłem w trzech jednostkach, w dwóch Wyższych Szkołach Oficerskich i zawsze tak było).

Zaczęliśmy szkolenie. Musztra, musztra, musztra na okrągło, jakbyśmy chcieli potwierdzić przemyślenia kaprala Borucha, że tylko musztrą i Wu-eFem zwyciężymy z eN-eR-eFem! Czas spędzaliśmy na ćwiczeniu kroku defiladowego, studiowaniu regulaminów oraz budowy karabinka Kałasznikowa. Myślę, że najwyżej dwa razy w ciągu całego obozu strzelaliśmy z prawdziwej amunicji, za to prawie codziennie czyściliśmy giwery. Broń nigdy nie była czysta. Podobno tak ma być. Bez względu na to jak długo strzelec będzie oporządzał uzbrojenie, zawsze będzie brudne, już głowa w tym kaprala B. (ten dwu belkowy „filozof wojskowy” coś potrafiłby na ten temat powiedzieć…) Tak było zawsze na unitarce i tak będzie chyba, że zlikwidują unitarki, a kraju będą bronić komputery, roboty, zawodowcy i prostytutki. (A dlaczego by nie?) Poza krokiem defiladowym, wszystko z grubsza znaliśmy. Ćwiczyliśmy do upojenia, po tygodniu wiedziałem, że defilując nie wiadomo jak długo, przykładając się nie wiadomo jak bardzo, obronności kraju nie podniesiemy nawet o tak zwany milimetr. Chociaż wyczyszczenie broni mogące zadowolić kaprala Borucha było niemożliwością, starałem się. Wszyscy podchorążowie się starali. Co do musztry to solidaryzowałem się w całej rozciągłości z opinią Swena Hassela – Duńczyka, weterana batalionu karnego Wermachtu, mistrza powieści wojennej, którego pozwolę sobie zacytować: „krok defila54 dowy zawsze robi wrażenie na niedorozwiniętych”. Przez cały okres unitarki kapral Boruch raz czy dwa, maksymalnie trzy razy (po każdym czyszczeniu sprawdzał giwery wszystkim w plutonie) zaakceptował jakość wykonania tej czynności. Któryś z kolegów tak dopieścił „Bronię”, że kapral nie miał zastrzeżeń. Jeżeli tak się zdarzyło, mówił: „ostatecznie może być, ale czyście dalej…” W sąsiednim plutonie, naszego kolegi Maćka Karwowskiego, instruktor od broni i jednocześnie kompanijny rusznikarz, plutonowy Jemioła przy każdym czyszczeniu uzbrojenia mawiał: „broń ma być czysta jak psita Anioła”. Skojarzenie plutonowego bardzo bawiło podchorążych, niemniej broń ich była absolutnie zawsze brudna. Poetyka owego powiedzonka funkcjonowała latami, na każdym spotkaniu koleżeńsko-kombatanckim, na którym wspominaliśmy wojsko. O ile wiem, nigdy nie było dyskusji, czy giwera jest czysta, skoro nie było punktu odniesienia. Niby był, ale tak jakby go nie było. Koledzy z tego i z innych plutonów przy tej okazji zastanawiali się jakiej płci są anioły i po dyskusji zawsze wychodziło, że raczej męskiej. Były to pasjonujące dyskusje, w typie „ile diabłów zmieści się na łebku od szpilki krawieckiej”. W efekcie po capstrzyku podchorążowie, zamiast regenerować siły potrzebne do kolejnych, intensywnych ćwiczeń, tracili bezsensownie czas, jakby nie mieli ważniejszych problemów (nuda też chyba wchodziła w grę).

Ćwiczono nas intensywnie, od 6.00 do 22.00 bez czasu wolnego. Jak nie miałem satysfakcji z czyszczenia broni, to starałem się ją osiągnąć myjąc kibel albo froterując korytarz. Kibel czyszczono przy pomocy tak zwanej cegiełki. Kawałek cegły szorował blachę, do znudzenia. Stare wojsko nas pocieszało, że oni to robili przy pomocy szczoteczki do zębów. Przesadzali jak zawsze. Popołudnia spędzaliśmy na pucowaniu karabinów, chyba że trzeba było posprzątać kibel, pozamiatać rejon przed kompanią albo wyropować podłogę. (ostatnią czynność kilka dni przed przysięgą zarzucono, bo „kapitanlaguswalerianspocznij” w czasie przyśpieszonej zbiórki, poślizgnął się i skręcił nogę). Te działania były priorytetowe w szkoleniu kotów-podchorążych. W Jeleniej Górze zrozumiałem wreszcie pojęcie „czaso-przestrzeni”. Na Uczelni nie mogłem tego zrozumieć. Wiedziałem, że Albert Einstein coś genialnego wymyślił, ale za cholerę nie mogłem tego pojąć. Wielokrotnie prosiłem mądrzejszych o wsparcie i konsultacje, nawet u profesora Kocińskiego, fizyka z Uniwersytetu Warszawskiego poszukiwałem pomocy i nic! Aż do unitarki. Dopiero kapral Boruch mi to wytłumaczył. Co prawda nie w wprost i sam (kpr. B) o tym nie wiedział, że mi tłumaczy…

Któregoś popołudnia, jak skończyliśmy po raz kolejny z rzędu czyścić giwery, mimo, że nie było żadnego strzelania i były według mnie czyli kota dwutygodniowego czyste (wczoraj i przedwczoraj robiliśmy to samo!) kapral Boruch wezwał mnie do siebie i wydał następujący rozkaz:
– Podchorąży Piasecki, po capstrzyku, wyropujecie korytarz na kompanii.
– Podchorąży Piasecki z zapytaniem!
– Słucham! Ale wy, Piasecki, to z najprostszymi sprawami macie problem!
– Odkąd – dokąd mam wyropować? – zapytałem z „entuzjazmem”.
– Od kibla do śniadania.
– Według rozkazu.
Już się „cieszyłem”, że noc z głowy, że mam co robić, że nie będę się nudził, że nie będzie bezproduktywnego spania! Już kombi- nowałem: ropować wzdłuż czy wszerz korytarza, jak ten saper-oficer, major Osioł, co na odprawie sztabu dywizji pytał czy most pontonowy budować wzdłuż czy w poprzek rzeki. Już…

Codziennie po głównym posiłku godzinami ćwiczyliśmy rotę przysięgi. Ja, obywatel Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej przysięgam służyć wiernie Ojczyźnie i takie tam wzniosłe zdania. Było trochę o Związku Zdradzieckim i sojusznikach, jakiś bełkot o staniu na straży władzy ludowej i ustroju socjalistycznego, coś o bronieniu praw ludu pracującego. Większość podchorążych powtarzała rotę przysięgi bezmyślnie i bez żadnego zaangażowania emocjonalnego.

Służba mijała szybko, ale niezbyt zdrowo. W jednostce ciągle brakowało wody. W związku z tym, z powodu higieny, zaczęliśmy mieć problem ze stopami. Każdemu zalęgła się grzybica stóp. Czegoś takiego, nie widziałem nigdy wcześniej, później też nie. 100 procent stanu, zaczęło mieć kłopoty z chodzeniem, a tu zbliża się taka ceremonia i defilada. Wstrzymano marsze i zaprawę. Skóra między palcami popękała do krwi i ślimaczyła się. Podobno przy wojsku zawsze jest jakaś medycyna. Niestety, tu nie było. Polopiryna i miękkie obuwie (tzw. pepegi) nie pomagają na wszystko. Byliśmy bandą kulawców i cierpiętników, a nie starych wiarusów na moment przed przysięgą. W nocy śniło mi się, że z kolegami z kompanii, biegaliśmy po ścianach i sufitach. Z powodu grzybicy taka była przyczepność skóry podeszew, że mogliśmy konkurować z muchami i pluskwami. Dowództwo zaczęło martwić się o zbliżającą się uroczystość i załatwiło jakieś czerwono – buraczkowe świństwo. Trochę pomogło. Niektórzy szczęśliwcy malowali tą miksturą oprócz stóp jajka. Śmiechu było co niemiara. Dowcipkowano, że na Wielkanoc będzie jak znalazł. Oczywiście śmiali się ci, co się nie malowali.

Jak już jestem przy wojskowej służbie zdrowia, to pamiętam jeszcze jeden incydent. Drugiego czy trzeciego dnia naszego pobytu w Jeleniej Górze na kolację było kwaśne mleko z kartoflami. Jakbym powiedział, że kolacja była pyszna, to bym skłamał, niemniej koty zjadły wszystko, bez szemrania. Nikt się nie delektował tą wykwintną potrawą, niemniej nic nie zapowiadało jakiejkolwiek sensacji. W nocy poczułem burczenie w brzuchu i bóle. Później było już tylko gorzej. Sczyściło mnie jako jednego z pierwszych. Sraczka była galopująca. W ostatniej chwili wpadłem do toalety. Jeszcze jedno oczko było na szczęście wolne. Po kilku minutach w kiblu tłoczyło się kilkunastu facetów i błagało, żeby ich puścić. Pamiętam, że nikt spodni nie zapinał na oczku, nie było czasu. Niektórzy fajdali na podłogę ubikacji, szczęśliwi, że zdążyli opuścić galoty i gatki. Horror. Horror totalny. W zasadzie do capstrzyku, czyli resztkę nocy i cały następny dzień, kompania odwiedzała izbę chorych, fasowała węgiel, jęczała i wypróżniała się. Rejon całej kompani mówiąc kolokwialnie był zasrany. Korytarze, izby żołnierskie, podłoga w toalecie. Wszystko. Smród roznosił się wszędzie. Gigantyczne zatrucie, aż strach pomyśleć co by było, gdyby to się stało w dzień przysięgi. Taki sabotaż, poleciałyby głowy. Szef naszej kompanii, starszy sierżant Ważny Jan z przekąsem zauważył:

– Młode wojsko jak zaczyna służbę, „na dzień dobry” zawsze sczyści, ale żeby aż tak? Coś studenciaki jesteście jakoś strasznie słabi!

Myślałem, że będzie jakieś śledztwo, a przynajmniej dowiemy się co zaszkodziło wojskowym żółtodziobom. Niestety, sprawie łeb ukręcono. Zajęć nie było, tylko sprzątanie zafajdanych rejonów i leczenie nadwyrężonych żołądków. Taką rewolucję „zdrowotną” przeżyłem raz, ale wystarczy!

Pierwsze dwa tygodnie trwał okres szkolenia podstawowego, aplikowano nam głównie zajęcia ogólnowojskowe. Na początek musztra pojedynczego żołnierza oraz musztra pododdziału. Stosunkowo szybko opanowaliśmy kanony zachowania wojskowego, sposoby przemieszczania się i poruszania. Oddawanie honorów i rozwiązywania żołnierskich problemów w związku z nową sytuacją w warunkach koszarowych. Na Studium Wojskowym chodziliśmy poprawnie w szyku, tutaj po intensywnym szkoleniu, robiliśmy to bez zarzutu, prawie perfekcyjnie. Nikt się nie mylił, nikt nie zmieniał nogi. Jeżeli pododdział nie śpiewał, szedł krokiem defiladowym. Było to męczące i uciążliwe, niemniej taka sytuacja mnie śmieszyła. Taką samą radość sprawiało mi, gdy koledzy poruszali się biegiem, a ja patrzyłem. Jak ja poruszałem się biegiem, to radość jakbym tracił. Na terenie jednostki i w miejscu zakwaterowania pojedynczy żołnierz nigdy nie szedł normalnie, tylko biegł (według instrukcji – kot porusza się z prędkością światła na wysokości lamperii). Oczywiście żołnierz młody służbą. Starsi już się tak nie wygłupili, chodzili normalnie.

Następnie zaczęliśmy studiować regulaminy: służby garnizonowej i wartowniczej. Dzięki nim poznaliśmy procedury zacho58 wania się w określonych sytuacjach, jakie nas spotykały lub mogły spotkać, podczas pełnienia służby. Zaczęliśmy wiedzieć co wolno, a co nie wolno, jak się zachować przy spotkaniu ze starszym stopniem, przełożonym, dowódcą czy patrolem garnizonowym. Najbardziej niebezpieczne były spotkania z tymi ostatnimi, bo mogły się skończyć raportem karnym u dowódcy (wariant optymistyczny) albo w areszcie (wariant tragiczny). Tak bywało gdy dowódca patrolu był na kacu albo miał mały rozumek, ale bardzo rozbudowane ego. Taki osobnik uwielbiał pokazywać kotom swoje możliwości. Sierściuch jak był mądry, to nie czekał na kontrolę, tylko brał nogi za pas. Gdy tego nie zrobił, to najczęściej później pluł sobie w brodę, że był tak naiwny i głupi i ryzykował spotkanie bliskiego stopnia z patrolem. Czasami nie było wyjścia…

Pod koniec drugiego tygodnia zaczęła się nauka pod tytułem praca na mapach oraz zabawy z okopywaniem się, budowanie transzei, sposoby zachowania się podczas alarmów chemicznych, lotniczych oraz obserwacje strzelań, z różnych rodzajów broni. Zabawa w „kreta” też jest fascynująca, zwłaszcza gdy z nieba leje się ukrop albo akurat obrywa się chmura. O takich momentach długo pamięta się, często aż do śmierci. Stawianie min, ich rozbrajanie, szkolenie chemiczne, saperskie i tym podobne frapujące zajęcia długo pozostawały nam w pamięci. Takie szkolenia były bardzo podobne do szkoleń dla bardziej zaawansowanych i ambitnych harcerzy.

Po niecałych trzech tygodniach nauki zarządzono alarm, a następnie wyjechaliśmy na pobliski poligon. Wcześniej podchorążowie ze szkoły oficerskiej rozbili nam ogromne dwudziestoczteroosobowe namioty, gdzie mieliśmy spać. W nich koncentrowało się życie, zwłaszcza życie towarzysko-kulturalne. Tam zobaczyłem pierwszego „bengala” i tam się dowiedziałem o istnieniu formułki „i tak minął kolejny dzień służby…” Od tej pory do końca „obozu” codzienny rytuał. Wieczorem, kwadrans po capstrzyku, mistrz ceremonii, w naszym namiocie, a później w naszej sypialni żołnierskiej podchorąży Węgłowski Andrzej z Ełku, mówił uroczystym tonem: – I tak minął następny pierdolony dzień unitarki czy obozu
– I chuj z nim odpowiadała zgodnym chórem reszta towarzystwa.
– Pozostało jeszcze 30 minus n dni. (n od 1 do 30).