Promocja oficerska.

Nawet najzdolniejszy i najpewniej wyszkolony oficer nie daje gwarancji, że będzie pełnowartościowym pracownikiem, dopóki nie wykaże się walce.

gen. USA Omar Nelson Bradley

Ponieważ służyłem Ojczyźnie wielokrotnie dłużej niż moi młodsi koledzy i miałem „prawdziwą” unitarkę, dostałem od Ojczyzny bonus. Skrócono mi praktykę o miesiąc. Cywilne życie mogłem rozpocząć wcześniej niż moi koledzy i przyjaciele. Każdy okręg wojskowy robił na swoim terenie tylko jedną promocję dla takich szczęśliwców, promocji zwykłych było kilkanaście (ale miesiąc później). Jak to bywa, prawdziwi weterani zawsze są nieliczni. Dziwnów przynależy do Pomorskiego Okręgu Wojskowego i dowództwo okręgu wyznaczyło miasto i garnizon Kołobrzeg jako miejsce promocji. W garnizonie dziwnowskim w różnych jednostkach, podchorążych było około dwudziestu ale tylko mnie przysługiwał patent i promocja miesiąc wcześniej.

Z Dziwnowa jechało się do Kamiennej Góry PKS-em, a stamtąd do Kołobrzegu PKP. W pociągu ludzi było mało, wybrałem pusty przedział, położyłem się na ławce i drzemałem. Po drodze, po przejechaniu kilkunastu kilometrów, parę stacji za Kamienną Górą, głośno hałasując weszło 3 pepor-ów (podporuczników) w Niebieskich Beretach. Zapachniało agresją. Jeden z przybyłych napastliwie zapytał, dlaczego nie oddałem honoru oficerom. Nie miałem ochoty ani na awantury ani tym bardziej na jakieś ręczne przepychanki. Specjalnie nie pękałem. Ich było trzech, ale w razie draki, w wąskim przedziale, przeszkadzaliby sobie nawzajem. Wrażenia po uderzeniu butem bojowym w goleń czy kolanem w jądra nie należą do przyjemnych, a ja nie jestem czuły na jęki i płacze (oczywiście cudze, bo jak mnie boli, to moja partnerka życiowa wie najlepiej jak się zachowuję!). Tym niemniej, dla świętego spokoju udałem, że się ich obawiam.

Jak mawiał nasz instruktor od walki wręcz, weteran sił obserwacyjnych ONZ (były takie w latach siedemdziesiątych) z Wietnamu sierżant Stefan G. pseudonim Paznokieć, lepiej złamać komuś palec niż sobie paznokieć. Podoficer Paznokieć nie był zwolennikiem chrześcijańskiego powiedzenia: jeśli zostaniesz spoliczkowany, nastaw drugi policzek… On hołdował zasadzie zabij, nim zostaniesz spoliczkowany. Miał kilka reguł, których ściśle przestrzegał: Najważniejsza jego zasada: ucieczka nie jest tchórzostwem tylko rozwagą. Po drugie, myślenie nie boli i ma przyszłość. Trzecia zasada to, że lepiej być świnią żywą niż zdechłym bohaterem, czwarta: kolegi nie zostawia się nawet, jakby trzeba było przepłacić to własnym życiem [trochę się to kłóci z zasadą nr 3, ale bitny sierżant nie przejmował się szczegółami], któraś tam z kolei: „Kop w jajka” to panaceum na wszystko w walce w wręcz i najważniejsza, zamykająca dekalog – nie wierz kobietom i podpierdalaczom! Nauczyciel kotów jednorazowego użytku, był lubiany przez wszystkich, a zwłaszcza przez wczasowiczki. Co dwa tygodnie, gdy się zmieniały turnusy na plaży, miał kilka nowych wielbicielek. Wiem coś o tym, bo byliśmy sąsiadami w hotelu garnizonowym przez ścianę i korzystaliśmy z wspólnego pisuaru, po tym jak zawarliśmy z Mirkiem, kolegą z Zegrza, też praktykantem, umowę dżentelmeńską, że do zlewu nie lejemy.

Świeżo po kursie samoobrony i ataku też, prowadzonym przez instruktora sierżanta Stefana G., ufnie patrzyłem w przyszłość i byle podpitych chłystków za bardzo się nie bałem. Żeby ich nie prowokować zachowywałem się jak trusia, ale bez przesady.

Od słowa do słowa jakoś napięcie zelżało, jakby trochę wytrzeźwieli. Myślę, że powodem tego był mój niezbyt czysty, polowy beret rzucony niedbale na półkę. Po jakimś czasie okazało się, że „Piechota Morska” jedzie po patent oficerski. Tam, gdzie ja. Chłopcy byli już w podróży kilka godzin. Zaliczyli kilka przesiadek i kilka flaszeczek Bałtyckiej, strasznego zajzajeru, dzisiaj chyba już nie istniejącego. Jedna przesiadka – jedna flaszeczka… Po trzeciej flaszeczce „nasi bohaterowie”, „Niebieskie Berety” stwierdzili, że nie będą czekać 3 dni, ćwiczyć szopkę z defiladą i sztandarem, tylko się awansują natychmiast. Sami!

Pijąc w takim tempie jak przybyli, prawdopodobnie bym wylądował w Kołobrzegu, ale nie w Jednostce tylko na cmentarzu komunalnym. Miałbym pogrzeb na koszt Państwa, przemówienia, salwę honorową i epitafium „zginął wiernie służąc Ojczyźnie. Cześć jego… itd.” Zawsze nie miałem głowy i żołądka do takich ekscesów. Najlepiej wiedzą o tym koledzy, którzy za mnie musieli wykonywać robotę, gdy ja odtruwałem swój organizm…

Wracając do sytuacji w przedziale kolejowym, to w miarę zbliżania się do Kołobrzegu było coraz przyjemniej i ciaśniej jak mawiały pielęgniarki z Izby Chorych z Dziwnowa. Na każdej stacji wsiadało kilku podporuczników. Jeszcze nigdy nie widziałem na raz tylu. Gdyby jakiś cudzoziemiec znalazł się, z jakichś tam powodów, na przykład służbowych czy sentymentalnych w tym pociągu, to mógłby fałszywie pomyśleć, że w Wojsku Polskim najwięcej jest podporuczników, a nie szeregowców. Okazało się, że prawie wszyscy „podchorąża”, którzy jechali po patent, chcieli być oficerami jeszcze przed pasowaniem na rycerza.

Niebieskie Berety były na tyle rozsądne, że przestali tankować. Parowali i trzeźwieli… Coś ich tam jednak nauczono w tej „Piechocie Morskiej”. Najbardziej agresywny i wyszczekany, jak trochę doszedł do siebie, to mnie zakamuflowanie przeprosił. Najpierw pogadaliśmy jak stary kot ze starym kotem, czyli normalnie. Wymieniliśmy się informacjami na temat służby, kaprali, dziewczyn (oczywiście każdy z nas był ogrodnikiem, czyli przesadzał…) i śmiesznych chorób (bogini Wenera się kłania). Zaczęło być sympatyczniej. Prawie polubiliśmy się. Niedoszły agresor twierdził, że się ich przestraszyłem. Ja nie wyprowadzałem go z błędu, bo takie przekomarzanki z podpitymi zawsze się kończą podobnie… Po co? To już wielokrotnie przerabiałem. Zazwyczaj z pozytywnymi (dla mnie) rezultatami. Zarządzenie mojego Ojca, żebym nie bił słabszych obowiązywało. Miałem je zakodowane w mózgu od maleńkości. Nowi towarzysze broni to byli chłopy jak dęby, ja nie ułomek ale… Z ojcem to zawsze były problemy. Nawet gdy przeciwnik był większy, cięższy i starszy, a oberwał, to ja dostawałem! Bo jak mu wlałem to znaczy, że był słabszy. Nie było tłumaczeń. Taka sofistyka. W końcu, już bez większych przygód, jakoś dojechaliśmy do Kołobrzegu.

Na dworcu, na peronach widziało się dużo patroli Wojskowej Służby Wewnętrznej i patroli garnizonowych, ale podporuczników nie chcieli, czy obawiali się kontrolować. Innych, tak. Podporuczników, nie. Wtedy pierwszy raz w życiu widziałem oficerski patrol garnizonowy, ale oni też się nie wygłupiali. Nadgorliwość jest gorsza od faszyzmu! Nie byliśmy przez nikogo sprawdzani. Może bano się (ale czego?), a może odpuszczono?! Pewnie jedno i drugie.

Zakwaterowano nas w zaimprowizowanej sypialni, łóżka polowe na sali gimnastycznej. Niektórzy narzekali na prymitywne warunki. Nikt nie chciał wierzyć, że w Zegrzu sześćdziesięciu chłopa chrapało na różne melodie i taki był tam standard.

Tak się jakoś złożyło, że „berety” trzymały się razem. Co czterech, to nie trzech. Według Jacka Kobrynia, mojego konsultanta wojskowego, wyszkolony, zdecydowany i dobrze wyposażony żołnierz, zastępuje kilkuset szwejów z łapanki albo niewyszkolonych kotów. To prawda!

Ten niedoszły mój „pogromca”, co zmierzał mnie przećwiczyć za „nie manie” szacunku dla fałszywego oficera (w jego interpretacji) okazał się miłym i sympatycznym kompanem. Brat łata… Opowiadał, że tam gdzie stacjonowali – w jakimś zapyziałym, zielonym garnizonie, gdzie „psy szczekają dupami” (jego określenie) nieźle „dostawali w pizdę” (też jego określenie), ale nie ma tego złego, co by… Koleś chwalił się, że we trzech, góra w pięciu rozganiali każdą zabawę w okolicy – wielokrotnie i bez strat własnych. Do jego opowieści podchodziłem sceptycznie, ale głośno nie kwestionowałem, co by mi przyszło z weryfikacji. Gada to gada. Krowa, która dużo ryczy, mało mleka…

Spaliśmy obok siebie, a kolesiowi jadaczka się nie zamykała… Mnie zresztą też. Przegadywaliśmy prawie całe noce (w sumie dwie czy trzy). Jak zwykle wieczorne rodaków rozmowy… Nic nie dające, poza jakąś nieokreśloną solidarnością, której nie można bliżej sprecyzować.

Nazajutrz, w jakiejś auli zrobiono spęd studentów. Najwięcej było plutonowych, a najmniej sierżantów i kaprali Jak zawsze przeważała średniość. Jakiś pułkownik omawiał scenariusz uroczystości. Potem każdy potencjalny podporucznik miał pobrać hełm i giwerę ze zbrojowni oraz rękawiczki (skórzane) z magazynu. No i wtedy zaczęło się! Niebieski berety poszeptały miedzy sobą, i ten najbardziej wyszczekany, prawnik – chuligan z Poznania oświadczył, że zgodnie z jakimś tam regulaminem niebieskim i czerwonym beretom hełmy nie przysługują. Nawet mi nie przyszło do głowy coś takiego, ale w końcu byłem chamem z Politechniki Warszawskiej! Pułkownik chwile pomilczał, jakby się zastanawiał na odpowiedzią i  autorytatywnie powiedział:
– Panie podchorąży, przestań pan pierdolić!
Myślałem że po ptakach, ale niestety, wyszczekany prawnik nie zważając na szarżę odpowiedział:
– Nie pierdolę, bo dupą nie ruszam – a następnie, że takiego wała, gdy wystąpią w hełmach. Regulamin to regulamin!

Pułkownikowi oczy się zrobiły jak spodki, nerwowo przełknął ślinę. To była niesubordynacja. Plutonowy ma inne zdanie niż pułkownik i wyraża je publicznie, w obecności setki innych plutonowych. Gdzie dyscyplina? Nie mówię już o dyscyplinie tak zwanej świadomej. Rozpoczęła się wymiana poglądów jakby oficer starszy na odprawie rozmawiał z oficerem starszym. Beret niebieski nie pękał, coraz bardziej mi się podobał!
– Obywatel podchorąży założy hełm – żądał uparcie pułkownik.
– Obywatel podchorąży nie założy, bo mu nie przysługuje! Skoczkowie ostatecznie mogą występować w kaskach spadochronowych, a garnki to niech noszą zające i inne dupki.
– Nie będziemy dla was robić wyjątków! Założycie, albo nie będziecie awansowani!
– To nie. Jestem prawnikiem i wiem jakie prawa przysługują służbom specjalnym…
– A ja jestem pułkownikiem i ja mam racje! Jak będziecie podskakiwać to pożegnajcie się z awansem!
– Zostanie oficerem nie jest naszym marzeniem i spełnieniem najskrytszych oczekiwań.
– Czy koledzy też tak uważają ?
– Tak jest i czerwony beret też!

Wojsko ćwiczyło w hełmach, a myśmy się szwendali. Mieliśmy nie być peporami (podporucznikami), ale żaden z naszej czwórki za bardzo się tym nie przejmował. W końcu to była jakaś szczeniacka demonstracja i strata żołdu, jak na tamte czasy wysokiego…, ale dla towarzystwa Cygan dał się powiesić! Trochę dziwiłem się, że nam tak łatwo odpuszczono. Daleko było pułkownikowi do porucznika Bąka. To było monstrualne nieposłuszeństwo. Niesubordynacja bez kary? Nie rozumiem tego nawet dzisiaj, po trzydziestu latach…

Podchorążowie z wojsk „nie specjalnych”, wszelkiej maści zające, dekle czy druciki ćwiczyli krok defiladowy i rotę przysięgi. Aż miło było patrzeć. Taki styl, taki szyk. Stu, a jak jeden duży. Smerfy (ci trzej) ćwiczyły gardła (tylko dyskretnie, bez ostentacji, z oranżadówek), a czerwony beret obserwował (w końcu „Generał” był wyszkolonym wywiadowcą do zadań specjalnych…), czekając na rozwój akcji…

Dzień przed promocją wezwano nas do oficera politycznego. Pan major, lekko zacinając się (miał wadę wymowy i nie wymawiał „r”. Tak na marginesie, ciekawe jak wydawałby komendę: Rebjata, spierdalać! Zwłaszcza spierdalać. Zresztą, w NATO też by miał kłopoty. Return też się zaczyna na „r” – wtręt „pisarza wojskowego”, trzydzieści lat później), przekazał nam decyzję sztabu. Możemy wystąpić bez hełmów, w beretach. Sto kilkadziesiąt zielonych garnków opierających się na uszach (nie zawsze odstających, niektórym spadały na oczy i wtedy delikwent poruszał się jak pijany we mgle) i cztery kwiatki: trzy błękitne niezapominajki i jeden czerwony maczek.

Wynika, że nie chcę, ale muszę zostać oficerem. A już tak niewiele brakowało! Do patentu przystąpiło ponad stu chłopa – wszystkie niedobitki poprzednich reform wojskowo-studenckich. Wszyscy, którzy nie zaginęli w poprzednich akcjach. Większość to byli wieczni studenci, którym się w końcu znudziło i skończyli, wielbiciele sesji młodych naukowców, znaczy niezdaluchy i wszelkiej maści odszczepieńcy i oryginały. Domorośli filozofowie, dla których odbycie służby wojskowej lub wręcz odwrotnie nie miało jakiekolwiek znaczenia.

Teraz poszło już szybko,. Nawet bardzo szybko. Jakiś generał (prawdziwy) z lampasami, każdego z nas walnął generalską szabelką.

Tak to mnie zdegradowano! Wróć! Awansowano z „generała”- plutonowego na podporucznika wojsk powietrznodesantowych.

Dziadek kawalerzysta mógłby być ze mnie dumny, inni członkowie rodziny byli.

Ale na tym nie koniec. Czy tylko ja mam monopol na przygody? Rano, przed uroczystościami, na stołówce (cicho, wiem jak się mówi prawidłowo!), podczas śniadania ktoś mi podp… albo zaje… Uesa (US – ubiór skoczka). Piechota Morska też chodziła w US-ach, to dlaczego mnie? Jak draka to zawsze ja! Jak nieszczęście, to też. Dlaczego?

Ze ktoś ukradł bardzo modną kurtkę zimową, obiekt marzeń wielu w tym zgrzebnym czasie, to jeszcze rozumiem. Jeżeli to był podchorąży albo żołnierz służby zasadniczej to nie rozumiem! Ale to był podoficer albo oficer i tego już absolutnie nie rozumiem? Gdzie honor? Gdzie morale? No coments (bez komentarza)!

Kwatermistrz kołobrzeski bez problemu dał mi starą bechatkę (kurtkę zimową służby czynnej), bardzo sfatygowaną, do tego napisał tylko notatkę służbową. W Dziwnowie szef naszej kompani też nie robił mi żadnych trudności. Niech się pan, panie poruczniku nie przejmuje tym Usem. To chuj, liczy się sztuka i on da sobie radę.

Życzył mi zdrowia, dobrego wzwodu i sukcesów w karierze wojskowej. Powoli mój czas mijał… Wszystko ,,co dobre” w końcu ma swój kres! Tak się mówi. Co niedobre też.

Objaśnienia:

Notatka służbowa jak wskazuje nazwa, notatka na jakiś temat podczas pełnienia służby;

Zające, dekle, druciki – rodzaje wojsk: piechota, czołgi, łączność;