Pierwszej nocy Józwa długo nie pospał. Już przed 5.00 sam się obudził, znaczy bez pomocy elektronicznego budzika. Cicho się dopakował i bez pożegnania opuścił współspacza. Przy wyjściu z hali przylotów spotkał ochroniarzy, których już znał z widzenia.

Bez pytania go zatrzymali i objaśnili, że pociąg zaczyna kursować o 7.00, zaś autobus do Głównego Dworca Malagi odjeżdża o 5.30 i w którym kierunku ma się Józio udać.
– Kieruj się na północny wschód – powiedział Józiowy GPS

Gdyby jeden z ochroniarzy nie wskazał mu ręką kierunku, to by była „ la granda merda”. Józek by się tylko kręcił wokół własnego ogona, a tak po kilku minutach szybkiego marszu zobaczył autobus. Ogromny, granatowy, klimatyzowany, z dwoma windami dla wózków inwalidzkich i bagażnikiem z tyłu na rowery.

– Ola! Estacion de autobus?
– Si, senor!
– 3 euro
– Gracias
– Autobus muy rapid
Solo 20 minutes. Sin stop na przystankach, bo jeszcze za wcześnie…

I tak ogromną taksówką pomknęli w rozświetloną ulicznymi lampami i sklepowymi witrynami ciemność. Malaga momentami wyglądała jak germańskie metropolie podczas świąt Bożego Narodzenia.
– Za jedyne 3 euro największą taxi świata, siedemdziesiąt miejsc siedzących i dwadzieścia stojących. Kogo poza mną na to stać? – zastanawiał się w myślach Józek.

Momentami jechali ponad osiemdziesiąt kilometrów na godzinę, nie zatrzymując się na przystankach, ale nigdy nie wjechali na czerwone światło. Józio stojąc koło kierowcy przez panoramiczną szybę widział Malaga by night. W lecie o tej porze byłoby już jasno.

Z fasonem po 20 minutach autobus się zatrzymał. Pierwszy i ostatni raz, od momentu wyjazdu z lotniska.
– Prosto, w lewo i znowu prosto, aż dojdziesz do kas Głównego Dworca

Józio oczywiście się zgubił, ale po kolei… Doszedł do celu. Bileteria ( poprawnie Boleteria ) była zamknięta W holu stało kilkanaście osób wyglądających jak podróżni. Józek poprosił ochroniarza o pomoc przy zakupie biletu z automatu, jego hiszpański daleki był do doskonałości. W trakcie przyciskania kolejnych guzików Józek się zorientował, że kupuje bilet kolejowy. Ta opcja nie wchodziła w grę, bo podróż do portu w Algeciras trwałaby dwa razy dłużej, niż autobusem.

Na szczęście nie wsadził jeszcze banknotu. Rycząc ze śmiechu, pracownik ochrony kolejowej wskazał właściwy kierunek.
– Cały czas prosto. Spacerkiem 6 minut na dworzec autobusowy.

Minęło 8 minut, a parkingu autobusów dalekobieżnych w zasięgu wzroku brak. Na odcinku od dworca do dworca, Józio odczuwał przejmująco zimno. Rzeczywista temperatura była wyższa, uliczny zegar wskazujący cyklicznie czas, zadymienie, jakieś inne jeszcze parametry powietrza, których Józio nie znał, wskazywał 9*C . Nasz bohater mimo wełnianej czapki, takich samych rękawiczek, które mu wsadziła najlepsza żona do kieszeni kurtki, marzł. Może dlatego, że zamiast normalnie przespanej nocy w cywilizowanych warunkach, przedrzemał na lotnisku tylko dwie godziny i było tam bardzo gorąco.

Pewnie jego zmęczenie i reisefiber też miały wpływ na to odczucie. Rozglądając się dookoła zwiększył tempo, nic nie wskazywało, że gdzieś w najbliższej okolicy jest estacion de autobus. Szedł elegancką dzielnicą, rozświetloną witrynami luksusowych sklepów.

W czasie tego „spaceru” dwa elementy powodowały dysonans, jakąś dysharmonię. Była mżawka. Chodniki, przy pomocy wody same się wyczyściły. Fasady błyszczały jak wypolerowane. Kostki brukowe skrzyły się jakby były z marmurów, ale co zastanawiało Józia – nie było żadnej rośliny, najmniejszego krzaczka, nawet, „głupiej” trawki, co to się sama zasiała w jakiejś zapomnianej skrzynce. Drugim „kwiatkiem” była zwiększająca się ilość mężczyzn, w miarę zbliżania się do celu, śpiących na ulicy pod rozświetlonymi witrynami na jakichś prowizorycznych legowiskach. Przed godziną szóstą właśnie rozpoczynali zwijać swoje sypialnie.

Mimo bezpośredniego sąsiedztwa dwóch centralnych dworców nie można było tych kolesiów uznać za pasażerów czekających na pociąg czy autobus do Madrytu czy innego Bilbao. Pielgrzymi do Santiago de Compostella to też nie byli.
– Ola! Przepraszam, idę na Centralny Dworzec Autobusowy i miałem iść sześć minut, a już idę osiem. Coś jest nie tak?
– Ola! Przeszedłeś za daleko jakieś 200 metrów. Zobacz tam jest taka charakterystyczna duża żelazna brama w prześwicie. Musisz do niej wrócić.
– Dzięki.
– Poczekaj! I tak muszę się odlać w tamtejszym kiblu, to pójdziemy razem. Skąd jesteś?
– Yo soy polacco
– Yo soy Madrileno

– ???
– 
Tak nazywamy w Hiszpanii rodowitych mieszkańców Madrytu

Nowi znajomi w ciągu dwóch minut doszli do prześwitu, w którym było wejście na hale z kasami biletowymi, a za nią na ogromny parking z miejscami postojowymi dla dalekobieżnych autobusów.

Według rozkładu jazdy, Józio miał rozpocząć podróż do Afryki o godzinie 6.30 z peronu 17.

Boliteria była zamknięta, pisuaria odwrotnie, więc duet polsko hiszpański z nieukrywaną satysfakcją, ramie w ramię, z niej skorzystał. Następnie wyszli z powrotem na ulicę. W pobliskiej cafeterii personel przygotowywał się do pracy. Józio spontanicznie zaprosił swojego przewodnika na poranną kawę.

Czekając na zamówienie, panowie dokonali prezentacji:
 Pepe de la Campa Diaz
– Józio Piaszczyński

Ucieszyli się, że mają tego samego patrona, świętego Józefa. Przy okazji polski Pepe dowiedział się, że hiszpańskie dzieci mają nazwisko ojca i matki. Każdy z mężczyzn się dziwił, że tak można.

Do kawy Pepe zmówił czystego cruasanta, a Józio brudnego, znaczy się z czekoladą.
– Mam kupę czasu to cię odprowadzę i pomacham ci na pożegnanie

Józio uregulował rachunek i poszli z powrotem na dworzec. Po drodze kupili bilet dla naszego podróżnika.
 Port Algeciras, tam i z powrotem
– Można tylko w jedną stronę, dwadzieścia euro

Przy siedemnastym stanowisku byli dwie minuty przed odjazdem. Tłum się kłębił.
–Popatrz jaka ładna dziewczyna – Pepe zwrócił uwagę Józia.

Ogromna, śliczna młoda kobieta ładowała plecak do ładowni bagażowej autobusu i zaraz zniknęła w jego głębi. Co z tego, że ruda, duża i piegowata. Męski duet był pod wrażeniem tej olbrzymki.

Za moment samochód ruszył, a Józek sadowił się koło piękności, którą przed chwilą zobaczyli. Nawet nie bardzo patrzył na machającego ręką i robiącego kretyńskie miny hiszpańskiego imiennika.
– Ja to mam szczęście, bilety obok siebie

Migające krajobrazy słonecznej Andaluzji nie były na tyle interesujące, żeby zamienić je na rozwijanie nowej znajomości. Józia za bardzo interesowało skąd ta kobieta pochodzi, co robi i czy ma kochającą rodzinę. Bardzo szybko znał odpowiedź na większość nurtujących go kwestii. Lusja, mieszkanka Rotterdamu, absolwentka Akademii Sztuk Pięknych. Po ukończeniu studiów dwukrotnie nie przeszła selekcji do Holenderskich Sił Specjalnych.

Akcje Józia bardzo wzrosły gdy Lusja dowiedziała się, że Józek jest weteranem komandosem i wojskowym spadochroniarzem.
– Czy uważasz, jako człowiek z branży, że powinnam jeszcze raz spróbować?
– To zależy? Jesteś osobę wrażliwą, uczuciową i sentymentalną?
– Chyba tak, jak każda kobieta.
– W takim razie, absolutnie ci odradzam. Będziesz musiała poradzić sobie ze stresem bojowym, pogodzić się z rozłąką z ukochanymi oraz przyjąć do wiadomości, że ten co ma więcej na pagonach jest mądrzejszy. W terenie może tak nie ma, ale w koszarach zawsze. Występuje ryzyko, że zostaniesz kaleką albo jeszcze gorzej! Poza tym masz zapewnione w tym zawodzie zero intymności i musisz być przygotowana, że mogą cię mobbingować koledzy i starsi stopniem. Podsumowując, żołnierz sił specjalnych albo komandos to wojak jednorazowego użytku. Jeżeli kochasz adrenalinę to zostań ochroniarzem z najwyższej półki, a jako hobby skacz z samolotu i uprawiaj sztuki walki czy inny survival.
– No nie wiem? Pierwszy raz jesteś w Maroku?
– Trzeci. Wcześniej dwa razy zwiedzałem po kilka tygodni Środkowe i Południowe Maroko. Mam pewne doświadczenie w relacjach z Marokańczykami, no i znam dobrze francuski

Miej świadomość, że jeżeli mieszkańcy tego kraju coś chcą od ciebie albo usiłują ci coś sprzedać, czego najczęściej absolutnie nie chcesz, to do rany ich przyłóż. Jeżeli mówisz NIE to dostają szału. Albo udają albo tak mają.

Ostatnim razem, w Marrakeszu napadło na mnie dwóch opryszków. Byłem z kobietą i chińskim batonem(pałka teleskopowa, made in china, robiąca furorę wśród sił mundurowych całego świata). Dzięki temu drugiemu, wystarczył sam widok batona w erekcji i wszystko dla nas skończyło się szczęśliwie. Mieliśmy jeszcze inny niesympatyczny incydent. Na dzikiej plaży pod Agadirem salwowaliśmy się ucieczką przed kilkunasto osobową bandą małolatów nagrzaną kifem (haszysz) i testosteronem. Dobrze, że nie straciliśmy zimnej krwi, znaczy ja i samochód z hotelowej wypożyczalni. Nie wierz Arabusom i miej świadomość ryzyka. Jeżeli będziesz rozsądna, wszystko będzie dobrze!
– Nie wiem jak długo będę w Tangerze. Poznałam faceta przez internet. Może zabawię tam parę miesięcy a może parę minut. Zobaczę?
– Będzie dobrze. Ja też jadę do Tangeru. Podróżujmy razem to będzie taniej i bezpieczniej. Trzeba sobie pomagać. W końcu jesteśmy sojusznikami Paktu Północnoatlantyckiego
– Tak jest panie poruczniku

Podróż przebiegała planowo, ale pogoda kiepściła się coraz bardziej. Sto kilometrów przed celem zaczęła się ulewa i trwała do przyjazdu do Algeziras. Kiedy wysiadali padało drobnym kapuśniaczkiem. Józiowi taka aura nie psuła dobrego humoru, chociaż w tym miejscu, o tej porze roku była to dla niego anomalia. W związku z tym nie omieszkał wygłosić następującej sentencji:
– Każde warunki przyrodniczo pogodowe są dobre tylko trzeba się do nich odpowiednio przygotować

Grupa rozpoznawcza ruszyła niezbyt szybkim marszem do portu. Po drodze, mijając wiele biur podróży, sprzedających bilety na ferry, osiągnęła cel.

Komunikacja z Europy do Afryki jest bardzo regularna, obsługiwana przez czterech armatorów. Praktycznie co godzinę odchodzi jakiś prom do Tangeru (największy port pasażerski Maroka) albo Tangeru Mad (nowy, ogromny port przeładunkowy). Miasta te są oddalone od siebie o 40 km i pokonanie tej odległości wymaga pewnej logistyki i ostrego targowania się.

Bez pośpiechu Agencja Transmediteranea wystawiła Józkowi odpowiedni dokument podróży. Józio i Lucja przeszli do poczekalni. Ich prom wypływał do Tanger Mad dopiero za trzy godziny.

Zajęli pustą ławkę. Zrzucili plecaki. Holenderka pilnowała bagaży, a Józio stwierdził, że nie jest frajerem, żeby w porcie trzykrotnie przepłacać butelkę wody mineralnej.

Trasę z miasta do portu Józek poznał organoleptycznie przed chwilą, więc pod prąd szedł jak po sznurku. Łatających dziury w jezdni asfalciarzy zapytał o market. Przy wyjściu z portu zobaczył imponujący pomnik gitarzysty. Cyknął zdjęcie w deszczu. Wyszło nie rewelacyjnie jak to w deszczu, ale na marmurowej tablicy było coś napisane. Józia zrozumiał tylko Paco de Luca 1947 -2014, kompozytor, muzyk, flamenco.
– Mój rówieśnik, jeszcze trochę muszę się pouczyć tego języka, w którym jest napisana informacja

Wracając z dwoma półtoralitrowymi butelkami wody mineralnej, Józio zobaczył napis nad głównym wejściem dla pieszych : „Port imienia Paco de Luca”.

Doctor Google, w Wikipedii, zaraz go poinformował, że ten koleś to wybitny kompozytor i wykonawca muzyki flamenco. Józio bezwiednie sobie przypomniał, że w Magadanie, na dalekim wschodzie Rosji największą atrakcją tego miasta był pomnik innego wybitnego barda i gitarzysty epoki komunistycznej, Włodzimierza Wysockiego. Wyższość rosyjskiego monumentu była taka, że tam oglądacz mógł spędzić „na oglądaniu” kilka dni słuchając koncertu składającego się z kilkuset autorskich piosenek Wysockiego. (Józio to wie z autopsji. Oglądając, czytaj słuchając go przez ponad godzinę. Większość tych piosenek w młodości słyszał wielokrotnie). Tutaj po minucie oglądania tego pomnika widział wszystko.

W poczekalni Józio zastał jakiegoś Anglika tokującego z jego towarzyszką. Już było ich troje.

Pół godziny przed zrzuceniem cumy, pracownicy linii zaczęli wpuszczać nie zmotoryzowanych podróżnych. Z tłumu pasażerów dołączył do nich partner Angola.

Sznur wielkich ciężarów wjeżdżał tyłem na prom od co najmniej dwóch godzin, z szybkością maszerującego człowieka. Józio przez moment zastanawiał się dlaczego tak? Wiele razy korzystał z ferry’s, ale taki obrazek widział po raz pierwszy. Jedynym rozsądnym wytłumaczeniem było to, że wjazd był jednocześnie wyjazdem. Do tej pory znane Józiowi promy cumowały w docelowym porcie przeciwną burtą.

Większość personelu kompanii Transmediteranea zajmowało się kierowcami ciężarówek i dbało o ekonomiczne wykorzystanie ładowni statku. Piesi po kontroli dokumentów wybierali miejsce w salach telewizyjnych po lewej lub prawej stronie trapu. Najzamożniejsi mościli się w kajutach lub korzystali z barów czy sklepów bezcłowych. Tego dnia ze względów pogodowych pokład nie cieszył się wzięciem.

Z powodu poprzedniej nieprzespanej nocy, Józio większy okres podróży przekimał na pokładzie, znowu korzystając z podgumowanego koca. Siąpienie deszczu i zimny wiatr za bardzo mu nie przeszkadzał.
– Józiu, obudź się. Musisz się odprawić. Jeżeli tego nie zrobisz wrócisz z powrotem do Hiszpanii. Bez stempla marokańskiej straży granicznej i wypełnienia deklaracji celno wizowej, Tangeru nie uświadczysz

Józio jako jeden z ostatnich ustawił się do zaimprowizowanego punktu granicznego. Przy tej okazji poznał następnego wielbiciela swojej towarzyszki. Był to bezrobotny Francuz. Bezrobotny na własne życzenie. Wypracował zasiłek, a teraz aż zasiłek mu się nie skończy, będzie się włóczył po Maroku. Podróżował samotnie i tak jak Józio nie miał sprecyzowanych planów swojej eskapady. Przewidywał powrót do Lyonu gdzie mieszkał, na przyszłą Wielkanoc.

Po załatwieniu formalności paszportowych Józio przez chwilę rozmawiał ze stewardem.
– Nasz autobus wywiezie was z portu Tanger Mad i wyrzuci za bramą. Wtedy zostaniecie opadnięci przez bandę taksówkarzy. Jeżeli nie będziesz miał dirhamów to przechlapane. Przepłacisz dodatkowo kilkadziesiąt procent. Nie zapomnij po wymianie wziąć pokwitowania z banku. Przywóz i wywóz miejscowej waluty jest restrykcyjnie karany. Na podstawie tego dokumentu nie wydane pieniądze zamienisz w porcie na euro. Nie pokpij dirhamów i dokumentów. Bez waluty nie wychodź na miasto.

Europejczycy trzymali się razem. Do nich dołączyła jeszcze para Niemców z Fryburga, jacyś znajomi Francuza. Zgodnie z planem zaczęli od banku. Na szczęście dla nich nie było frekwencji. Do środka wszedł tylko Józio. Pozostali skorzystali z usług bankomatu. Po kilku minutach, dzięki wymianie, wszyscy mogli realizować swoje najbliższe plany.

W Hiszpanii było pochmurnie, ale deszcz tam padał tylko od czasu do czasu. W Afryce radykalna zmiana, na gorszą. Lało. W zasadzie bez przerwy.

Wojna zaczęła się zaraz po opuszczeniu portu. Towarzystwo otoczył tłum wrzaskliwych kierowców. Próbowali zachęcić pasażerów do jazdy, schodząc z wygórowanej ceny. Miejscowi wsiadali, zamiejscowi niekoniecznie… Józek myślał, że zaraz wszyscy zajmą miejsca w Grand taxi i po targach za symboliczna złotówkę dojadą do Tangeru, ale nie… Niemiec przejął inicjatywę i poszedł w ulewę, ciągnąc za sobą resztę towarzystwa. Józio miał to za złe Anglikom i Lusjii, bo nie tak planowali. Powlókł się za nimi w strugach deszczu do przystanku kursowego autobusu. W ciągu kilkunastu minut Józek miał przemoczone kompletnie wojskowe buty, wersja pustynna i spodnie do kolan. Współtowarzysze mieli wielokrotnie gorzej. Nim doszli do przystankowej wiaty, wszyscy, łącznie z naganiaczami byli kompletnie przemoczeni. Jeden z Anglików miał na bosych nogach takie dziurkowane buty gumowe. Początkowo wszyscy z niego dworowali, ale teraz okazało się, ze to był najlepszy obuw na tę pogodę.

Według Niemca samochód miał być za kwadrans, ale z jakiś powodów nie przyjechał. Następnym tłukli się ponad 90 minut na trasie czterdziestokilometrowej patrząc na lokalsów i przedmieścia Tangeru. Józek zmęczony i wściekły obserwował rozwój wypadków. Na nic już nie miał wpływu. Zaczynało go to męczyć, że towarzystwo nie mogło się porozumieć w tak ważnym temacie i nie chciało skorzystać z jego podróżniczego doświadczenia. Pocieszał się, że w Tangerze już będzie panem swojego czasu.

Przemieszczenie się z Tangeru Mad do Tangeru zajęło więcej czasu niż przepłynięcie Morza Śródziemnego czy podróży z Malagi do portu w Algaviras. Zapadał wczesny zmrok gdy wypakowywano plecaki z luku autobusu. Pogoda nie zmieniła się radykalnie. Dalej padało, trochę mniej, ale i tak wszyscy byli już kompletnie przemoczeni.
– Wszystko dobre co się dobrze kończy. Życzymy wam satysfakcji z dalszego pobytu. My z Helgą bierzemy taksówkę na centralny dworzec. Rapidem będziemy za 10 godzin w Marrakeszu
– Też tak chcieliśmy na początku, ale zmieniamy plany. Trzeba wyschnąć i odpocząć w hostelu. Idziemy do medyny – zapodał jeden z Angolów.
– Hans, czy dla ciebie 5 euro to dużo?
– Tyle co nic
– Tyle każdy z nas zaoszczędził, tracąc kilka godzin, ryzykując chorobę. Spokojnie byśmy w ciągu 30 minut, Grand Taxi, podjechali pod hostel. Teraz jeszcze czeka nas wycieczka przez miasto i pewnie nie będziemy szli jak po sznurku, bo to pierwszy raz tam idziemy. Ma ktoś GPS?
Cisza.
– Ja mam internet, ale słabo się nim posługuje.
Teraz dowództwo przejęła Lusja, biorąc do ręki telefon Józia.
– Idziemy w kierunku portu

Co pewien czas, mimo GPS-u, Józio na zmianę z Francuzem, pytali się o drogę. W końcu kompletnie przemoczeni dotarli do rybnego portu i starego miasta w Tangerze.

Pierwszy hostel był Józia. Z głównej ulicy medyny, która miała szerokość mniej niż trzy metry, Józek skręcił w lewo i po schodkach zaczął się wspinać. Po kilku minutach wszedł w labirynt uliczek, gdzie budynki miały od dwóch do czterech pięter. Szerokość uliczek oscylowała między metr z kawałkiem, a dwa metry i te uliczki się zawijały to w prawo to w lewo jak górski strumyk i co jakiś czas się krzyżowały. Czasami był to tunel, bo dachy się stykały albo prześwit na wysokości pierwszego lub drugiego piętra. Najczęściej bramy były oświetlone słabą żarówką, ale nie zawsze. W sumie nieprzyjemne wrażenia, nikt nie sugeruje, że niebezpieczne. Z powodu aury nieliczni mieszkańcy obojga płci szybko się przemykali. Po trzech pytaniach o drogę, Józio był zrezygnowany i zdenerwowany deczko. Po bramach stały wyrostki bez wyraźnego zajęcia. Z jednej z nich wyszło trzech, biednie i nieodpowiednio ubranych.
– Możem panu pomóc znaleźć riad. 10 Dirham (5 zł)
– Nie wystarczy 2?
– Niech będzie 6
– Prowadźcie!

W tych warunkach przyrody, Józio do rana by nie znalazł hostelu. Mrok. W najbliższej perspektywie czasowej ( zamiast przyszłości, żeby się nie rymowało) nieprzeniknione ciemności. Wąskie uliczki bez składu i ładu, poplątane. Tak to bywa gdy nie ma planu zagospodarowania terenu. Z mapą i busolą też nie byłoby łatwo. GPS w tych warunkach praktycznie nie działał. Smartfon wody nie lubi! Masakra!

Przez jakieś bramy, podcienie, trzy razy w lewo, dziesięć w prawo i jest hostel. Przerobiony pałacyk, trzypiętrowy, jakiegoś bogacza. Ponieważ kwota była uzgodniona, to leciwe chłopaki, bo przy bliższej obserwacji okazali się około trzydziestoletnimi lub więcej, nie kluczyli, co jest zwyczajową normą.

Józio zapłacił 10 dircham. Zrobił to celowo bo było ich trzech i pomyślał, że może to ich jedyny dziś zarobek (przy takiej pogodzie, to im szło, jak dziewczynom nie ciężkich obyczajów w deszcz) i, że zarobili na bardzo skromną kolacyjkę.

Hostel okazał się bardzo egzotycznym. Kute żelazne balustrady. Marmurowe schody, szerokie jak na standardy arabskie, wymiaru ulicznego chodnika. ( W medynie chodnik jest wszystkim, bo jezdni praktycznie nie ma.

Patron (właściciel hotelu ) zajął się Józiem jakby był on długo oczekiwanym i bogatym gościem. Zabrał mu plecak, a po drodze pokazał living room z blaszanym piecem wesoło buzującym. Przedstawił grupce Amerykanów i zaproponował tutaj suszenie przemoczonych łachów i butów. Następnie zaprowadził go do pokoju, gdzie stały dwa piętrowe łoża. Połowa jednego była zajęte przez Malezyjczyka mieszkającego w Australii.

Nasz podróżnik umył ręce, twarz i nogi. Brzydził się skorzystać z leciwego prysznica. Poza tym podczas ablucji toleruje tylko najlepszą z żon, Zulę, a tutaj zastał rodzinę karaluchów i kolonię żółto zielonych grzybów. Grzyby brały dusz minimum kilka tygodni non stop. Włożył czarne kalesony, a na nie szorty – kąpielówki. Nie zamierzał pływać, ale nie miał nic lepszego na zmianę. Na nogi założył gumowane buty z dziurkami, takie same co były powodem do żartów z Angola na promie i podczas ulewy. Z powodu ograniczeń Rynar’a miał to co miał. Jeżeli ma się bilet lotniczy za 100 złotych to nie można marudzić i trzeba się zadowolić jedna parą spodni i jedną parą galotów oraz jedną parą porządnych butów.

Pijąc herbatkę na koszt firmy i grzejąc się przy kominku, bo piec z nie zamkniętymi drzwiczkami robił za kominek. Otwarte palenisko pozwalało obserwować buzujący ogień, a specyficzny aromat eterycznych olejków wydzielany z polan tui zamiast w komin wychodził na salon.

Józek usadowił się wygodnie na jednym z licznych foteli. Wyciągnął nogi szokując czarnymi kalesonami i gołymi stopami. Towarzystwo dyskutowało o wyższości energii odnawialnej nad energią węglową. Józio udawał, że temat go fascynuje, ale swoje myślał:
– Nie będę tutaj kiblował do rana szlifując język angielski, gdy już odpocząłem, przebrałem się i chce mi się jeść. Może mimo pluchy, zaliczę jakiś tadżin?

Uroki tego lokalnego „fast food’a” poznał Józek podczas pierwszej wyprawy do Maroka. Dodatkowo podziwiał naczynie w którym go przyrządzano. Takiego w Polsce nie uświadczysz. Był to bowiem zestaw dwóch ceramicznych misek: dolna w kształcie talerza, przykryta drugą, stożkowatą z dziurą na parowanie. Jadło, przygotowują miejscowi na palenisku i gorące serwują na stół. Po zdjęciu górnej części, dociera do człowieka gastronomiczny bukiet zapachu, złożony z jakiegoś mięsiwa i różnych warzyw. Najlepsze to pomidory, papryka, groszek, bakłażany, a właściwie to co jest pod ręką. Często do tadżinu, kucharz dodaje owoce.

Józek zupełnie w porę, przypomniał sobie, że obiecał Zuli nie robić po nocy żadnych samotnych wypadów. Miał więc chłop problem…

Posiedział jeszcze trochę w ciepełku, posłuchał

jeszcze co, gdzie i kto pietruszył i w końcu poszedł na recepcje pogadać z patronem.
– Tutejszy będzie wiedział i poradzi – pomyślał Józio
– Proszę, daje panu plan medyny i dzielnicy francuskiej oraz, mam nadzieje kilka dobrych rad. To jest dokładne, a reszta z grubsza.Tutaj my mieszkamy, Bayt Alice (dom Alicji) robię krzyżyk, a tutaj dwie główne bramy do medyny. Proszę korzystać z górnej, zaznaczam. Od placu Petit Soco trzy minut.

Na początku niech się pan nie śpieszy i uważa. Diabeł tkwi w szczegółach. Proponuje zacząć tak! Wycieczka z hostelu do zakrętu. Wszystko jedno w prawo czy lewo. Byle konsekwentnie! Potem do następnego rogu. Cały czas się rozglądać i myśleć. Iść i wracać, żeby zapamiętać. Zwracać uwagę na niepozorne szczegóły, na które nigdy normalnie pan nie zwraca uwagi. Na przykład: okno o charakterystycznym kształcie, ceramiczne kafelki o islamskim motywie, dziwne drzwi wejściowe z kołatką czy kawał odpadniętego tynku albo pojemnik na śmiecie czy nawet kocia kupa. Punkt wyjścia i powrotu zawsze Byte Alice.

Cała medynę można przejść w 20 – 30 minut, ale znam miejscowe kobiety, którym się zdarza zabłądzić mimo, że mieszkają tutaj od urodzenia.
– Dziękuję

Józek wziął plan od właściciela i postanowił się zastosować do topograficznych rad.
– Świetnie pan mówi po francusku – pochwalił patron
– Nawzajem
– Bo jestem pies noir (czarne stopy), wie pan o o chodzi?
– Tak, oczywiście. Odrobiłem lekcje historii. Po przewrocie w 1962, Francuzi z Europy tak nazywali swoich rodaków, którzy tutaj żyli od pokoleń. Pies noir mieli wielkie majątki ziemskie ale za prezydentury de Gaulajako repatriancimusieli uciekać do ojczyzny, bo im się paliła ziemia pod nogami. Funkcjonowało hasło algierskie: „albo ucieczka albo trumna”.Często wracali tylko z życiem, bo jak zabrać ziemię? W Europie mieszkańcy Francji nazywali ich pogardliwie pie noir
– Urodziłem się we Francji, ale zew krwi wezwał mnie tutaj. Razem z przyjacielem kupiliśmy ten pałacyk i spokojnie sobie żyjemy
– A ja w młodości miałem narzeczoną Francuzkę i po angielsku nauczyłem się tego języka
– Chciałbym jeszcze zarekomendować restauracje Alhen, wybitnie czysta, nikt się nigdy nie skarżył na kuchnie, nikt nigdy nie złapał tam biegunki i nie mam tam udziałów (hi, hi). Co do napadów, to praktycznie w naszym mieście ich nie ma. Agenci policji turystycznej bardzo się boją naszego króla i często postępują na korzyść cudzoziemca pilnując porządku, niesprawiedliwie dla lokalnej społeczności, ale turystyka to główne źródło dochodów wielu tysięcy Marokańczyków. Proszę się nie obawiać…
– 
Przekonał mnie pan. Zobaczę tę restauracje co nie ma pan tam w niej udziałów (hi, hi) i mam nadzieję, że nie będę pierwszy, który dostał sraczki w tym gastronomicznym przybytku.

Lało i lało. Bez przerwy. Psa by nie wygonił, ale Józia to i owszem. Głód, rzecz straszna, ale od wody, nawet hektolitrów, człowiek się nie rozpuści. Józio nie wyobrażał sobie takiego zjawiska w Magrebie. Parasole słabo zabezpieczały przed wilgocią, ale i tak prawie nikt ich nie używał. Towarzystwo Józia i mieszkańcy Tangeru też, generalnie byli kompletnie kompletnie nieprzygotowani do takiej pogody. Z kolei ponczo zabezpieczało przed deszczem, ale nie przed zlewą.
– Nie kupi pan biletu na wycieczkę po morzu Śródziemnym
– W taka pogodę?
– Niech pan kupi. Proszę. Jestem na prowizji. W panu nadzieja…
– Długo już tak leje?
– Od 3 dni
– Przykro mi, nie! Może zje pan ze mną kolacje?
– Serdecznie dziękuje, ale zamiast tego proszę o butelkę oleju to będę miał na dłużej

Z butelką, 5 litrowym baniakiem w ręku, poprosił o kiełbasę w plastikowej osłonie. Józio by się zadowolił najmniejszą, ale rozumiał kolesia. Próbował i mu się udało. Honor czasami trzeba schować do kieszeni. Z zakupu wędliny nic nie wyszło bo była wieprzowa. Józio jednym uchem słuchał, że religia mu nie pozwala na konsumpcję…

Szli w deszczu, facetowi nie zamykały się usta, jakby chciał opowiedzieć całe swoje życie:
– Jestem uciekinierem z Syrii. Ojca, brata i matkę zabili. Z trzema siostrami nie mam żadnego kontaktu. Chciałbym do Anglii. Od 3 lat tu siedzę i nic. Mam to co zarobie, ale nie wystarcza to nawet na jedzenie. Śpimy w jakiś budach na zmianę żeby było taniej. Bez prądu i kanalizacji. Wodę w butelkach donośmy z medyny. Generalnie sami młodzi mężczyźni. Nasz majątek to to co na sobie

Teatralnym gestem pokazał podarte i dziurawe trampki. I cały czas kasłał jakby miał płuca wypluć. Próbował się inhalować pustym inhalatorem.
– Może by mi pan inhalator zafundował? Ale nie, pan i tak…

A deszcz lał jakby nie miał się nigdy skończyć. Józia samopoczucie robiło się coraz gorsze. Współczuł mu, ale wiedział, że jest faceta szansą na ten fatalny wieczór i wcale mu to nie poprawiało humoru. Zamiast siadać do byle jakiego, gorącego posiłku, szukał kiełbasy nie wieprzowej. Zaczynał przeciekać, facio był mokry jakby wyszedł z morza, po kąpieli w ubraniu, ale jadaczka mu się nie zamykała:
– Dzisiaj ja postawie kolację kolegom…

Szli dalej ulicami Tangeru, siąpawica coraz większa. W trzecim z kolei sklepie kiełbasa znowu tylko wieprzowa. Pieniądze z ręki Józia przeszły do Syryjczyka. Jeżeli on będzie kupował to będzie taniej i może wystarczy na inhalator…

Józek był sfrustrowany i zniecierpliwiony taką sytuacją w którą dał się wkręcić. Głodność mu przeszła. Przyjechał złapać trochę słońca, a miał perspektywę złapania zapalenia górnych drug oddechowych albo inną francę. Facet kaszlał coraz bardziej. Pusty inhalator robił za atrapę…

Józio chciał się jakoś z tego wymiksować. Był wykończony psychicznie, Arab nadawał, więc żeby jakoś to przerwać wyraził chęć zobaczenia syryjskiego paszportu. Dokumentu oczywiście nie zobaczył. Koleś ściemniał, a Józio miał dylemat. (Prawda czy fałsz?)

W końcu równowartość stu złotych, to nie suma, jak mawia Zula, która może cokolwiek zmienić w naszym życiu.

Nawet jak oszukiwał, nawet jak nie był Syryjczykiem to te pieniądze na pewno były mu potrzebne! Może na następny kurs gry aktorskiej. I do tego jeszcze tak kasłał!

Nagle zaterkotał telefon:
– Tato, gdzie złożyć worki ze zgrabionymi liśćmi
– Najlepiej na działce sąsiada
– Tak zrobię

Poziom asertywności Józia przekroczył poziom jego empatii.
– Przyjacielu, dostałem telefon od córki i pilnie muszę wracać do hotelu. Allach z tobą.
– Shukraan, shukraan jazilan lak (dziękuje bardzo), shukraan. Salam Alik

Józio grał dobrego wujka do końca. Dodał jeszcze 40 dirhamów (4 euro) na inhalator i się pożegnał. Kiedy za moment dyskretnie się odwrócił, zobaczył kompletnie przemoczonego faceta. Stał on w strugach ulewy, kasłał jak przeziębiony arab ( taki koń ze stadniny w Janowie Podlaskim, którego wykończyła Dobra Zmiana) i z niedowierzaniem patrzył na rękę w której trzymał papierki.
– Z takich ludzi jak ten chory facet, ISIS werbuje męczenników i bojowników. Najczęściej z młodych mężczyzn którzy w innych okolicznościach i w innym czasie spokojnie by sobie egzystowali i po swojemu przestrzegali by dekalogu. Tu i teraz nie mają najmniejszych szans na normalne życie, bo są uciekinierami z obszarów objętych działaniami „wojskowymi”, najczęściej ze strasznymi wojennymi traumami. Ich całym majątkiem jest to co mają na sobie. Najczęściej są bez dokumentów, bez znajomości języka i miejscowych zwyczajów i zazwyczaj bez wykształcenia. Za to z ogromną pretensją do agresorów i do własnej władzy, że ich nie obroniła i do Najwyższego oraz do „wszystkich”! Dlaczego to oni tak cierpią, jak na to nie zasłużyli? Często są już chorzy, zrezygnowani i zdesperowani. Życie nie ma dla nich już żadnej wartości, a dla kombinatorów z fanatycznych odłamów islamu to jest materiał do „zagospodarowania”. Biedacy mają niewielkie szanse na poprawienie czegokolwiek, ale ich rodziny za „męczeńska śmierć” mogą dostać jakieś konkretne pieniądze – dumał Józio.
– Jak tu można pomóc, jak to można zmienić?

Józwa zrezygnował z kolacji, odechciało mu się już jeść, chciał się jak najszybciej wyciągnąć na swoim łóżku w hostelu.

Kiedy wracał, kupił marokańska kartę telefoniczną i wtedy miał już dostęp do internetu przez następne kilka dni. Sprzedawca twierdził, że ta będzie funkcjonować przez najbliższe trzy miesiące. W ramach usługi wymieniono mu kartę w smartfonie za 4 euro i od tego momentu mógł przez messangera mieć kontakt z Zulą, pod warunkiem, że był zasięg (Często go nie było, za to w hotelach czy na dworcach albo knajpach – zawsze). O nic go nie pytano przy zakupie, żadnego pokazywania paszportu ani innych dolegliwości. Później jeszcze wiele razy proponowano mu kupno karty na ulicy. Mniej więcej tyle miał tych propozycji co propozycji kupna haszyszu.