22 listopada – Tanger, Casablanca

Wczesnym rankiem Józia zbudził telefon na whats’apie od Piotrka Fulara:
– Józiu, pamiętasz jak kilka dni przed twoim wylotem do Malagi byliśmy na ostatnim Bondzie w Multikinie na Ursynowie
– ???
– Wczoraj na you tubie widziałem zajawkę z tego filmu i niektóre fragmenty. Okazuje się że film „Spektre” kręcono w okolicach Tangeru. Może byś poszedł do hotelu l’Americano na małe wstrząśnięte niezmieszane martini. Ja stawiam! Po prawdzie to hotel nazywa się jakoś inaczej, ale w Tangerskiej informacji turystycznej na pewno się dowiesz

Po śniadaniu Józio znowu poszedł do recepcji. Chciał prosić o pomoc w zarezerwowaniu hosteli w Casablance i Rabacie. Zdarzało mu się już wcześniej „tak bawić” ale nieudolnie i to zajmowało mu mnóstwo czasu. Trochę w tym było winy jego najlepszej z żon, Zuli która jeżeli mogła wyręczała go z takiej internetowej roboty i później nasz bohater miewał problemy albo prosił postronnych o pomoc.

Dzisiaj dyżur pełnił drugi współwłaściciel.

– Bardzo przepraszam, że przeszkadzam panu w pracy. Chciałbym zabukować hostel w Casablance i Rabacie.

– Nic nie szkodzi. Z przyjemnością pomagamy naszym gościom, o ile to jest możliwe. Poza tym mam dług wdzięczności w stosunku do polskich kobiet. Wielokrotnie mi pomagały podczas mojego półrocznego pobytu w Gdańsku. Pracowałem wtedy w firmie Adam Leclerc, ale zamieniłem tą korporacje na spokojną pracę w Tangerze. Pieniędzy mniej ale jestem wolny i szczęśliwy.

Z różnych możliwości Józio wybrał najdroższy hostel w Casablance, nomen omen hostel Casablanca (20 euro), 6 rue d’Aix i najtańszy w Rabacie, Medina Surfing Associated, 3 rue Poete Raeune Farran Znahi (11euro). Operacja trwała 10 minut i z karty Visa, Hosteling.com (dużo tańsza wersja Booking.com) ściągnął sobie 10 procent prowizji. Resztę miał Józio dopłacić w hostelach.

Wychodząc z recepcji, Józek przypomniał sobie ranny telefon od Piotrka Fulary.

– Dzwonił do mnie przyjaciel z Polski. Obaj jesteśmy fanami przygód agenta 007, Jamesa Bonda. Podobno ostatni film „Spectre z Danielem Craigiem kręcono w Tangerze w hotelu l’Americano.

– To prawda, ale nie do końca. Realizatorzy do potrzeb filmu, wykorzystali przepiękny pałacyk Maison Blanche niedaleko katsby (cytadela) Z jego tarasu można oglądać przepiękne widoki na stare miasto i plaże. Zaraz pokaż go panu na mapie, którą wczoraj dał panu mój wspólnik…

Józio wrócił na kwaterę. Spakował się ostatecznie. Tylko plecak zarzucić i już!

Nasz bohater do odjazdu pociągu do Casablanki, bardzo szybkiego, takiego Pendolino w wersji marokańskiej, miał jeszcze 6 godzin więc ostatni raz poszedł na spacer po medinie. Już nie padało, ale było zarąbiście mokro. Miejscami woda po kostki. Wszędzie kałuże.

Albo nie było kanalizacji, albo się zapchała. Z powodu wczesnej pory, suk ze szmatami jeszcze nie funkcjonował. Ponieważ Józio odczuwał deficyt skarpetek to chciał coś dokupić. Stary kupiec wyczuł interes i pierwszy raz w życiu, Józkowi w Afryce, sprzedawca nie chciał zejść z ceny. Wczoraj w czasie deszczu na suku Józio widział takie same po pół euro. Teraz handlarz chciał 2 euro i ani centa mniej. Józio trzy razy podchodził do transakcji kupno – sprzedaż. Bóg, ojczyzna i honor nie pozwolił mu kupić potrzebnego tekstylnego artykułu. Wolał męczyć się bez skarpetek. Patent Angola był miodzio i satysfakcja w kieszeni.

Cała medynę wzdłuż i wszerz Józio przeszedł trzy razy co najlepiej świadczy o jej wielkości.

Przy trzecim razie nasz podróżnik przypomniał sobie o hotelu l’Americano czyli Maison Blanche, wiec zmienił plany i zamiast do „domu” , poszedł w kierunku katsby. Chciał jak James Bond spojrzeć z tarasu hotelu na Tanger oraz połazić jeszcze po tej najstarszej części miasta.

Szedł w stronę morza, wspinając się do góry bo teren się wznosił. Ta część medyny też była gęsto zabudowana, ale były wydzielone wąskie chodniki dla pieszych i jezdnie, na których odbywał się w miarę normalny ruch kołowy. Widać było wielowiekową „historię”, która w dobrym stanie dotrwała do XXI wieku. To tutaj Bond jeździł swoim Austinem. To tutaj uciekał przed pościgiem czy też odwrotnie kogoś ścigał.

Józio w ciągu całej trasy wdychał opary orientu. Oglądał z zaciekawieniem pałacyki przerobione na hotele i restauracje. Sklepiki pełne rękodzieła z gliny, skóry czy ze srebra. Warsztaty stolarskie, szewskie i inne. Nim znalazł poszukiwany hotel kilka razy miał propozycje kupna poprawiacza nastroju albo w ostateczności, handlarz przejawiał chęć zaprowadzenia go tam gdzie Józek chciał iść.

Bez specjalnej trudności Józio znalazł co zamierzał znaleźć, niedaleko górnej bramy cytadeli. „Hotel l’Americano” to w rzeczywistości stary pałac Absalem Akkabure usytuowany przy ulicy Ibn Abba, a właściwie uliczce po której można już tylko poruszać się na piechotę, bardzo blisko muzeum Kasbach. Innego sławnego pałacu. Tego pałacu właścicielem był z kolei sułtan Mulay Ismail, żyjący w XVII wieku, protoplasta dzisiejszego króla Mohammeda VI.

Józio przez drewniane drzwi, wykonane przez wybitnego artystę stolarza, wszedł na chłodne kamienne patio, przeszklone górą. Z marmurowej fontanny na środku spływała woda do zbiornika w kształcie gwiazdy wykafelkowanej zieloną ceramiką. Na islamską modłę w wodzie pływały różane płatki. W wazonach stały dorodne prosto ze szklarni herbaciane róże .Roznosił się intensywny perfumowy zapach i dyskretnie plumkała jakaś klasyczna muzyka. Pod ścianą stała kanapa i kilka foteli z tej samej antycznej bajki, na których można się było zrelaksować. Do patio przylegała recepcja ze stanowiskiem komputerowym gdzie urzędowała menadżerka obiektu.

– Czym mogę panu służyć?

– Wyjeżdżam dzisiaj z żoną do Casablanki, ale przed powrotem do Malagi chcielibyśmy ewentualnie tutaj się zatrzymać w którymś z państwa pokoi. Może w tym gdzie mieszkał Bond ze swoja dziewczyną

– Oni zajmowali apartament Zielony, ale chętnie pokaże panu też inne. Te które mamy w tym momencie wolne. Właściwie teraz wolne mam tylko dwa. Najdroższy, wykorzystywany w filmie „Spectre” oraz pokój gdzie, dziewczyna Bonda robiła sobie przed scenami filmowymi make up. Zapraszam…

Po marmurowych schodach, przez jasną antresolę o ręcznie malowanych ścinach w geometryczne wzory, zabezpieczoną przepięknie rzeźbionymi drewnianymi barierami weszli do najbardziej reprezentacyjnego pomieszczenia hotelu. Apartament Zielony, udekorowany rubinowo-czerwonymi i szafirowymi-zielonymi aksamitami oraz ręcznie malowanymi jedwabnymi tapetami z Paryża. Tak Józio wyobrażał sobie orientalną sypialnię.

Drugi wolny apartament miał pomalowane na brzoskwiniową i koralową barwę ściany. Z sufitów zwisały przepiękne mosiężne żyrandole, ręcznie wykute przez miejscowych rzemieślników. Podkowiasty łuk drzwi do łazienki oraz lustra dawały delikatny kobiecy akcent

– Dekoracje tego wyjątkowego hotelu wykonał znany francuski projektant Regis Milcent. Każdy z 9 pokoi ma swój elegancki charakter i nie ma 2 jednakowych a nawet podobnych. Ręcznie wykonane płytki ceramiczne zdobią podłogi w tradycyjnym marokańskim stylu.

Teraz chodźmy na dwu poziomowy taras dachowy…

Wspólnie oglądali na wszystkie strony świata, Tanger. Z powodu zachmurzenia Hiszpanii i Gibraltaru nie było widać, ale plaże i port rybacki oraz miasto jak najbardziej. Z góry patrzyli na wąskie i kręte uliczki cytadeli i medyny. Józio widział zgodnie stojące obok siebie wieże kościelne i minarety. Teraz…

– Cały Tanger widziałem w pigułce.

Żeby zrobić przyjemność pracownicy recepcji:

– Widok z hotelu warty 10 tysięcy baksów

– Zapraszam pana na kawałek ciasta i dzbanek mięty, na koszt firmy. Kelner zaraz przyniesie

I ulotniła się, a Józio od początku spacerował po obu tarasach.

Kelner jakby czekał na zamówienie. Zjawił się prawie natychmiast.

– Bardzo dziękuję, ale chciałbym zamówić jeszcze martini wstrząśnięte, nie zmieszane

– Jest drobny problem, bo nie mamy likieru Lillet, który oprócz dżinu i wódki służy do zrobienia tego koktajlu. Może łaskawy pan zgodzi się na wino, które uwielbiał agent 007. Mamy butelkę Chateau Nouton Rothshild, rocznik 1947

– Może być kieliszek?

Józio zapłacił z napiwkiem, więcej niż zwyczajowym. Był rozrzutny, bo wiedział, że jego przyjaciel zrefunduje mu ten rachunek.

Wychodząc zaszedł do pani menadżer podziękować za poświęcony mu czas.

– Mam złą wiadomość dla pańskiej żony. Sprawdziłam hotelowe rezerwacje. Za tydzień wszystkie pokoje są zajęte!

Kto z kim przestaje takim się staje. Józio oszukał kobietę z recepcji, że chciałby z żoną (która nie chciała z nim brać udziału w tej wycieczce) tutaj się zatrzymać kiedy będzie wracał do kraju. Tylko dlatego, że obłożenie w hotelu było 100%, Józek nie musiał brnąć w matactwo dalej…

Wrócił do hostelu, zabrał graty i pomaszerował wzdłuż nabrzeża na dworzec.

Miał jeszcze około godziny do odjazdu. Na wszelki wypadek zatrzymał petit taxi. Rano podczas bukowania patron powiedział, że najbezpieczniej jechać na taksometr i na wszelki wypadek zapamiętać numer boczny. Przy okazji powiedział, że taksówka nie powinna kosztować więcej niż 15 – 20 dirham.

– Na dworzec i proszę złamać chorągiewkę – zadysponował Józio.

– Po co zaraz łamać, zawiozę za dychę

Jak tak to tak! Józek wrzucił plecak na tył i rozsiadł się jak basza z przodu. Za kilka minut Dacia Sandero hamowała. Nawet nie zdążył porządnie nóg wyciągnąć.

– Wyszedł cwaniak na swoje, szedłem z kwadrans promenadą, ale niech mu będzie na zdrowie!

Wystrój i wykonanie oraz ogólny wygląd dworca szybkiej kolei w Tangerze szczerze Józwę zaskoczył. Był pod wrażeniem. Marmury, lustra, palmy, chromy i automaty z napojami, ciastkami i kanapkami. Na peronach generalnie nie było ławek. Za to w poczekalniach dla podróżnych i łącznikach funkcjonowały takie specjalne krzesełka. Otyły miałby problemy, żeby z nich skorzystać. Może to była forma walki znad wagą. Tłuścioch by się nie zmieścił, ale takich Józek nie widział w Maroku. Król Muhammad VI widocznie bardzo dba o fizis swoich poddanych.

Teoria naszego bohatera na temat tych specjalnych krzesełek, połączonych po kilkanaście a nawet po kilkadziesiąt jak na stadionie Narodowym, nie potwierdzona ani sprawdzona, to dlatego jest tak, żeby tacy jak Józio albo inni, zmęczeni po długotrwałych wojażach, nie siedzieli na dworcu w pozycji horyzontalnej.

Sądząc po wyglądzie podróżnych, to reprezentowali oni średnią klasę marokańską. Można tutaj spotkać większe rodziny wieśniaków, ale nie są to biedacy jakich często widuje się przed sukami czy na ulicy.

Żaden kraj europejski nie powstydziłby się takiego dworca.

Na bramce, przy wejściu na perony, stał potężnie zbudowany pracownik kolei, który wpuszczał podróżnych kilka minut przed przyjazdem pociągu. Sprawdzał bilety, każdy był numerowany i przy tej okazji informował w którym kierunku należało się udać aby sprawnie zająć swoje miejsca w wagonie.

Józio na stacji znalazł się dosłownie w ostatnim momencie (ale miał wszystko pod kontrolą, żadnego zdenerwowania ani żadnego pospiechu). Zapytał po angielsku gdzie jest jego miejsce. Młody człowiek z obsługi pociągu wskazał mu wagon.

Albo on się pomylił, albo Józio źle go zrozumiał. W każdym razie polski turysta usiadł w „złym” wagonie. Nie chciał uznać swojego błędu. Udawał głupa, że nic nie rozumie a naprawdę bał się, że szybka kolej pojedzie do Casablanki w momencie kiedy on będzie się przemieszczał świńskim truchtem po peronie. Nawet międzynarodowy język migowy, którym posługiwał się zdenerwowany Marokańczyk ( Józek też go znał świetnie) był dla Polaka nie komunikatywny.

Na szczęście dla wszystkich, poszkodowany zadzwonił po konduktora który prawdopodobnie był powodem tego zamieszania. Z nim Józio odważył się opuścić wagon (mimo, ze już było 5 minut po czasie odjazdu według rozkładu jazdy) i przejść do sąsiedniego wagonu i wtedy już prawidłowo wykorzystać swoją miejscówkę.

Młody konduktor był dumny z siebie jak paw, że dzięki znajomości języka Szekspira prawdopodobnie zapobiegł międzynarodowemu konfliktowi.

Kiedy wreszcie Józek ulokował się wygodnie, na swoim prawidłowo wykupionym miejscu jeszcze przez chwilę pokonwersowali:

– Dzięki pomocy Francji i mądrości naszego króla mamy najlepiej zorganizowaną, najnowocześniejszą i najszybszą kolej w Afryce. Prezydent Emmanuel Macrone pożyczył nam dwa miliardy Euro na wyposażenie taboru i kupienie technologii obsługi i zarządzania koleją, a nasz władca wysupłał jeszcze miliard na wybudowanie nowych dworców na trasach szybkiego pociągu.

– Uważam, że wasze dworce są ładniejsze i bardziej przyjazne podróżnym niż w moim kraju – kiedy to mówił Józio chciał być grzeczny, ale po obejrzeniu kolejnych kolejowych budowli na trasie Tanger – Casablanka, Józio utwierdził się w swojej opinii. To co wcześniej mówił z grzeczności to była najprawdziwsza prawda.

– W następnych latach, torami połączymy się z Marrakeszem, Agadirem a nawet z Saharą Zachodnią. Z Marakeszu do Tangeru dojedzie pan w 5 godzin.

Rozmawiali jeszcze kilka minut.

– Czy polski konduktor byłby taki uczynny, sympatyczny i tak bezinteresownie pomagał? -zadumał się Józio.

– No chyba, że by to była miss uniwersum nie z naszego kraju

Z Tangeru do Casablanki Józio jechał około dwóch godzin i dziesięciu minut. Z dworca wychodził około szesnastej. Pogoda była wyraźnie lepsza. Niebo zachmurzone i lekko mżyło. Taka wilgotność na poprawienie cery. W porównaniu do wczorajszej aury, Casablanka przywitała Józia „fantastyczną pogodą”. Zaczął nabierać nadziei, że jeszcze będzie normalnie. Już nie marzył o słońcu. Mogło wiać, być zimno, byle nie padało. O ulewie nie chciał myśleć…

Po drodze dowiedział się z jakiego przystanku tramwajowego dojedzie na miejsce. Planował jeśli mu się wszystko uda, za kwadrans, może deczko później być w hostelu. Nawet się nie zdziwił gdy podszedł do niego le chauffer. Zapytał o adres.

– A, hotel Casablanka!

Zaczął się reklamować jaki jest tani, tylko 100 dirhamów. Józio nie reagował. Zaczął od 100 i z własnej woli zszedł do 35. Józek się wtedy ożywił. Nie chciało mu się drałować kilkaset metrów do przystanku, zwłaszcza, że mżawka jakby się wzmocniła.

– Nie spieszy mi się za bardzo, może pan poszukać jeszcze kogoś.

Czekali kilkanaście minut. Nawet jak byli chętni, to kierunek im nie pasował. W końcu pojechali sami. Po drodze, mniej więcej w połowie, do taxi wsiadła para, która zaraz wysiadła zostawiając 10 dirhamów. Jechali długo, dużo dłużej niż Józio myślał. W końcu taksówkarz podjechał pod najbardziej luksusowy hotel, jaki Józio widział w Maroku. Z odźwiernymi, portierami i innymi boyami.

– Jesteśmy na miejscu

– Ale ja jadę do hostelu Casablanka

Taksiarz zaklął szpetnie i przejechał znowu z 6 km. Józiowi jeszcze bardziej to nie pasowało.

– Pański hostel jest w medinie. Nie mogę tam wjechać bo uliczki za wąskie. Poza tym jest zakaz. Nie wolno jeździć po zabytkowej części miasta. Za tamtym małym meczetem jest hostel Casablanka.

Józio się rozliczył i poszedł w kierunku świątyni. Z kwadrans się kręcił jak pies wokół swojego ogona i nic nie wykręcił. Nikt nie słyszał o hostelu Casablanka. Po wielu perypetiach i pytaniach Józek stanął przed oberżą Casablanka. Wściekłość i bezradność zalała Józia.

– Oszukał mnie sukinsyn

Jakiś sympatyczny marynarz wytłumaczył Józiowi, że hostel Casablanka jest strasznie daleko, i jedyne wyjście to opuścić medynę i znaleźć taksówkę.

Znowu minęło więcej niż trochę czasu, nim wyszedł z medyny, nim kolejny taksówkarz był chętny, to znaczy pusty. Poprzednich kilku miało pasażerów i nie mogli dobrać Józia, bo inny kierunek. W końcu się znalazł…

– Mogę zawieść za 20 dirhamów

– Nie może być za 15 dirhamów?

– Wsiadaj

Za parę minut taksówka parkowała przed hotelem Casablanka.

– Ja jadę do hostelu Casablanka!

Wtedy driver zadzwonił do centrali, do dyspozytora. Przez chwilę ustalali jak i dokąd ma jechać. Bez słowa uruchomił taksometr.

Znowu taksówa przedzierała się przez centrum. Po wielu perypetiach, arabskich wrzaskach jak kierowca pytał się o drogę, Józio znowu zobaczył schody dworca na którym wysiadał 2 godziny wcześniej. Zaczynało zmierzchać. Od Cental Gare Rapid na miejsce minęło około 10 minut w tym 120 sekund zajęło kluczenie, bo hostel Casablanka stał w willowej dzielnicy przy jedno kierunkowej ulicy.

– Jesteśmy na miejscu, 42 dirhamy

Józio bez słowa podał 20 dirhamów

– 42 dirhamy!!!

Józio znowu bez słowa podał 20 dirhamów. (Umawiali się na 15, z własnej woli dawał 20. Umowa jest umową.)

– Czasami się traci żeby zyskać – pomyślał Józek, ale dopłacać nie zamierzał.

Taksówkarz wpadł w szał, albo tak udawał! Wydzierał się po arabsku na całą dzielnicę. Panowie siedzieli obok siebie. Józio spokojny, kierowca nie koniecznie. W pewnym momencie Józek wrzeszczącego mężczyznę lewą ręką chwycił za głowę, żeby zaoporować, a palec wskazujący z całej siły wcisnął pod żuchwę, w okolicy ślinianki. Jakby chciał go od spodu, w mózg podrapać. Facio momentalnie przycichł i zbladł. Józek cicho i wyraźnie powiedział:

– Jestem kapitanem legion de etrange. Chcesz do szpitala? Ile w końcu?

– Nic!

– Merci

Nasz bohater zabrał plecak, delikatnie zamknął drzwi i dzwonił po odźwiernego. Nim mu otworzono skontaktował:

– Straciłem parę godzin, ale przyjechałem do hostelu Casablanka „za darmo”, a i „miasto Bogarta”, tam i z powrotem, też zobaczyłem i do tego za darmo. Nie ma znaczenia, że przez brudną szybę rozklekotanej taksówki!

Za moment „ kapitan legi cudzoziemskiej” rozglądał się po ogromnym holu. Był jeszcze nabuzowany adrenaliną z powodu incydentu sprzed chwili, gdy dowiedział się od recepcjonisty Casablanca Hostel że nie mają jego rezerwacji i w związku z tym pobyt w hostelu będzie kosztował 20 Euro.

– Proszę zobaczyć, że zapłaciłem w hosteling.com. Przedpłata 2,23 euro!

– Ale u nas nic nie ma! Najrozsądniej będzie jak Pan zapłaci całość, a patronka jak ją Pan przekona, to zwróci różnicę

– Nie, jak właścicielka mnie przekona, to ja dopłacę różnicę

Był pat. W końcu Arab się poddał. Pokazał toalety, prysznice, sale do kontemplacji i modlitwy (takiego przybytku ani w hotelach ani w hostelach Józio jeszcze nigdy nie widział, chociaż słyszał o tym). W końcu zaprowadził go do noclegowni.

Józio pierwszy raz widział taki luksus w hostelu. Marmury na schodach, marmury na podłogach, marmury w łazienkach, ubikacjach i prysznicach. Jedyny mankament, że te udogodnienia były we wspólnych pomieszczeniach i jeżeli ktoś chciał skorzystać z toalety albo prysznica to inni zainteresowani musieli czekać, żeby umyć ręce albo się ogolić

[Rys łóżek]

Sztukaterie na sufitach. Na ogromnej sali gdzie Józio miał mieszkać sześć piętrowych łóżek. Wszystkie miały baldachinowate zasłony. Łóżka stały przy ścianach. Każdy z dwunastu mieszkańców miał zapewnioną intymność po zasłonięciu grubych białych firan oraz dostęp do gniazdek elektrycznych i doskonałych lamp teleskopowych. Batystowej wykrochmalonej pościeli też nic nie można było zarzucić.

Na koniec recepcjonista pokazał Józiowi ogromną jadalnię z aneksem kuchennym i pełnym wyposażeniem.

– Jeśli wola, tutaj może pan sobie coś ugotować czy wypić herbatę. W sypialniach tylko śpimy! Jutro śniadanie między 8 a 11

– Ma pan jakąś mapkę okolic i centrum Casablanki

[Rys. mapy Casablanki]

– Niestety nie, ale może pan zrobić zdjęcie ściennej mapy miasta Casablanka i tak będzie pan miał plan miasta. Co do jutrzejsze podróży do Rabatu, to radzę skorzystać z lokalnej kolei. Jedzie pan 50 minut zamiast 20, ale płaci pan 40 dirhamów zamiast 80 dihamów Rapidem. Czyli połowę. Będzie pan oglądać przez okno krajobrazy Maroka i jego mieszkańców. Wrażenia i zapachy w cenie a widoki za darmo. Dodatkowym atutem, jest położenie hostelu. Pięć minut piechotą i jest pan na dworcu. To jest dworzec lokalnej kolei marokańskiej

Praktycznie było już ciemno. Józek poświęcił dwadzieścia minut, żeby zorientować się w terenie. Obejrzał lokalny dworzec. Rzeczywiście tylko 5 minut piechotą. Zaliczył market. Wszedł w posiadanie bagietki prosto z pieca, i pudełka serka (ale nie topionego) marki „krowa która się śmieje”. Zakonotował na jutro, gdzie jest przystanek jedynej linii tramwajowej w okolicy i praktycznie jedynej linii w Casablance.

Że jedyna dowiedział się od recepcjonisty i że nią dojedzie do największego meczetu Hassana II i casablanckiej medyny.

Do siedzącego przy skromnej kolacji Józia dosiadła się ładna, przesadnie wytatuowana, od niedawna pełnoletnia femina.

– Witaj. Jak się meldowałeś, siedziałam na komputerze w recepcji. Pomagałam bezskutecznie Mahmedowi znaleźć twoją rezerwacje. Jesteśmy sąsiadami. Wszystko w porządku?

– W zasadzie tak. Jutro o 15.00 mam lokalny pociąg do Rabatu. Przed wyjazdem chciałbym zobaczyć meczet Hasana II i tutejszą medynę.

– Świetnie się składa. Nazajutrz razem z moim chłopakiem Carlosem, też się tam wybieramy po raz drugi. Może pójdziemy razem? Tak przy okazji, jestem Carmen z Ekwadoru

– Bardzo chętnie. Jestem Józio czyli Pepe w twoim języku. Nie wiesz jak się mówi „psik” po arabsku?

O Józia ocierała się jakaś długowłosa kocia kreatura, która zwyczajowo molestowała gości hotelowych na recepcji, ale teraz pofatygowała się dwa piętra niżej do kuchni,

– Jak nie ma tutaj nic do wszamania to i Józio dobry – pewnie kombinował rozbestwiony kot właścicielki.

– Jeżeli cię ten czworonóg tak denerwuje, to zmieńmy lokal. Od kilku tygodni mieszkam tutaj jakby za friko. No może nie do końca. Patroni hostelu dali mi tak zwany domek ogrodnika do mojej dyspozycji. W zamian za zrobienie spotu reklamowego na temat naszego hostelu. Jestem fotografem i żyję z kręcenia video.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *